Facebook Google+ Twitter

Najlepsi z najlepszych tegorocznego Openera - podsumowanie występów

Dziesiąta edycja za nami. Nie obyło się bez wzruszeń, zaskoczeń i rozczarowań. Na scenach pojawiały się gwiazdy - te świecące, jak i te dopiero co wschodzące. Zacznijmy może jednak od atutów minionego festiwalu.

 / Fot. PAP/Adam WarżawaPodczas przeglądania tegorocznego line-up'u nie czułam większych dreszczy, które wywoływały u mnie poprzednie edycje - przez pięć lat dzielnie jeździłam na Babie Doły przeżywać rzeczy niezwykłe. Mimo to Opener wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć - każdego dnia zdarzały się niesamowite przeżycia. W tym nie tak gęstym, a więc łatwiejszym do zrealizowania, programie, pojawiały się koncerty przez duże "K". Takie katharsis, spotkanie ze sztuką, emocje.

Drugim faktem, który dopiero na miejscu do mnie dotarł, jest ilość pierwszych występów bardzo wielu zespołów. Każdego dnia słychać było na różnych scenach: "to nasz pierwszy występ w Polsce", i to faktycznie stanowiło o sile Openera. Ostatecznie przyciągnięcie tak wielkiej liczby artystów, na których czasami czekaliśmy dekadami - ba, młody Coldplay mógł zagrać u nas już 10 lat temu dla sporej publiczności - przełożyło się na atrakcyjność festiwalu. Świadomość obserwowania czegoś, co dzieje się po raz pierwszy, zwiększa ciekawość i oczekiwania zarazem. A imponująca lista obejmowała w końcu (jeśli się co do kogoś mylę, proszę o korektę) Primus, Prince'a, Codplay, The Strokes, The Wombats, Chromeo, MIA, Deadmau5, Big Boi, Pulp, Chapel Club, The Asteroids Galaxy Tour, Kate Nash, Paolo Nutini, Foals, Two Door Cinema Club.

Ja stworzyłam z tego swoją osobistą czołówkę występów. Znalazły się w niej te najlepsze z najlepszych, pięknie zagrane, emocjonalne, warte każdej spędzonej na nich sekundy.

James Blake


 / Fot. PAP/Adam WarżawaZacznę od młodzieńca, choć nie do końca słuszne są moje wrażenia, że jest to muzyk kompletnie niszowy - sądząc po ogromnym tłumie zebranym w namiocie podczas jego koncertu. Co prawda ten tłum topniał powoli wraz ze zbliżaniem się występu The Strokes, ale wielu z nas zostało do końca, ryzykując utratę kilku minut nowojorczyków na rzecz tej przygody. Nie można było żałować ani jednej sekundy. Rozpoczęło się to widowisko powolnym "Unluck" i z minuty na minutę gęstniało od pięknych wokali Jamesa (naprawdę, na żywo jest brawurowym wokalistą) przepuszczonych przez zaprogramowane w klawisze wokodery, minimalistycznej perkusji, gitary i nawet puzona, zatopionych w perfekcyjnie wyważonych bitach. Czasami były one subtelne, czasami zaś buzujące dubstepowym, ciężkim basem.

Trudno jest pisać o tak eklektycznej elektronice, która na koncercie okazuje się jeszcze bardziej niezwykła, niż na płytach. Zostaliśmy poczęstowani czystej próby talentem, udekorowanym przepysznymi, kolorowymi światłami i naprawdę godną akustyką. Tłum wiwatował po "I Never Learned to Share" czy "Limit to Your Love", a James Blake był wzruszony wywołanym entuzjazmem. Dobrze wspominał Unsound, teraz pokochał Openera, czekam więc niecierpliwie na więcej występów. To był zdecydowanie najlepszy koncert niedzieli.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.