Zgarnęłyście całą pulę, zdobywając nie tylko tytuł Najpiękniejszej Mamy i Córki, ale też Miss Publiczności. Jak to przeżyłyście?
Monika: Byłyśmy zaskoczone i zdziwione. Chyba dlatego, że nie dawałyśmy sobie zbyt wielkich szans. Uważałyśmy z mamą, że są lepsze, ładniejsze kandydatki. Już tytuł Miss Publiczności ogromnie nas zaskoczył i bardzo się ucieszyłyśmy.
Kasia: Nie liczyłyśmy nawet na to, a co dopiero na więcej. Dlatego kiedy odczytano, że wygrałyśmy, to był dla nas wielki szok! Może wyglądałam na opanowaną, bo ja zazwyczaj nie okazuję emocji, ale byłam dosłownie oszołomiona.
Wzruszenia nie kryła natomiast Monika. Popłynęły łzy...Monika: Trudno mi było nad tym zapanować.
Kasia: Był to w ogóle niezwykły dzień. Mój 11-letni syn Marcin gra w piłkę nożną w Widzewie i kiedy my byłyśmy na finale, on startował w turnieju piłkarskim w Bełchatowie. My startowałyśmy z numerem 5 i on grał z "piątką". My wygrałyśmy wybory, a on z drużyną cały turniej, z którego przyjechał z mężem prosto do teatru. Nasza rodzinka odniosła więc dwa zwycięstwa jednego dnia.
W teatrze dopingowała was spora grupa znajomych.
Kasia: Spisali się fantastycznie. Nie widziałyśmy ich co prawda, bo ze sceny nie widać publiczności, tylko jakieś sylwetki, ale słychać było ich okrzyki. To było bardzo miłe uczucie, podnoszące na duchu. Choć muszę przyznać, że nie czułam jakiejś szczególnej tremy. Przynajmniej psychicznie, bo fizycznie... Żołądek mnie bolał, pewnie z nerwów. Za to Monika...
Monika: Byłam strasznie rozkojarzona. Nie wiedziałam, co z sobą zrobić. Bałam się pierwszego wyjścia w strojach z lat 60., bo w ogóle go nie ćwiczyłyśmy. Tę prezentację każda para przygotowywała samodzielnie i widać było, że wiele dziewczyn dopracowało ten występ w domu. A my wyszłyśmy na zasadzie "co będzie, to będzie".
I ty, Kasiu, osoba podobno tak panująca nad emocjami, tak po prostu wyskoczyłaś na scenę i dałaś czadu z gitarą?Kasia: Poszłam na żywioł. Szczerze mówiąc, chciałam po prostu rozbawić znajomych, dać im powód do uśmiechu, żeby mieli co wspominać. To było tak spontaniczne, że nawet mąż nie wiedział, iż pożyczyłam na ten występ gitarę. To miała być też niespodzianka dla niego. Ciekawa byłam, jaką będzie miał minę, kiedy wybiegnę z gitarą na scenę, ja - zazwyczaj taka spokojna i opanowana żona. No i udało się - też był w szoku.
Wróćmy jeszcze do wyborów. Co sprawiło, że w ogóle zgłosiłyście się do konkursu? O ile pamiętam, to był twój pomysł, Kasiu?Kasia: To prawda. Chciałam przeżyć przygodę, doznać czegoś nowego, zobaczyć, jak taki konkurs w ogóle wygląda, bo przecież nigdy wcześniej w niczym podobnym ani ja, ani Monika nie uczestniczyłyśmy. Nie ma co kryć, że chciałam pochwalić się córką, trochę też zrealizować jakieś własne dziewczęce marzenia, no i - chyba mogę się przyznać - ten samochód mi się marzył...
O, naprawdę?Kasia: Tak. Mamy w rodzinie samochód, ale na co dzień korzysta z niego mąż. Ja też jeżdżę, ale autem pożyczonym od cioci. Myśleliśmy o kupnie drugiego auta i nawet wypatrzyliśmy na giełdzie ładny używany samochodzik. Byliśmy gotowi go wziąć, ale... kiedy chciałam się nim przejechać, silnik nie odpalił! Może i dobrze - teraz mamy nowiutkiego chevroleta. Jestem bardzo szczęśliwa.
Rozumiem, że ty Kasiu będziesz nim jeździć. A Monika?Monika: Mam 17 lat, więc o prawo jazdy mogę się starać dopiero za rok. Ale mama obiecała, że jak tylko skończę 18 lat, zafunduje mi kurs. Do tego czasu będę ją wykorzystywać jako kierowcę.
Jak uczciłyście swój triumf?

Kasia: Fety nie było w planach, bo przecież nie oczekiwałyśmy zwycięstwa. Ale skoro stało się, jak się stało... Mąż cudem znalazł wolną salę w Klubie Garnizonowym, gdzie odbywało się zresztą jakieś wesele, i tam zaprosiliśmy znajomych, którzy dopingowali nas w teatrze. A w niedzielę od rana do wieczora przyjmowałyśmy gości w domu. Rodzinę i sąsiadów, którzy przychodzili z gratulacjami. Co chwila dzwonił telefon. W sumie to świętowałyśmy jeszcze w poniedziałek, bo od kolegów z pracy i szefowej dostałam ogromny bukiet kwiatów i słodycze.
Monika: W szkole, kiedy tylko wieść się rozeszła, też zrobiło się zamieszanie. Gratulowało mi mnóstwo osób, nawet takich, które znają mnie tylko z widzenia. To było bardzo miłe. A jak włączyłam Gadu-Gadu, to nagle wyskoczyło mi tyle okienek, że aż cały monitor miałam pełen!
Podczas finału stworzyłyście wspaniały duet. A jak jest na co dzień? Jak wyglądają wasze wzajemne relacje?Kasia: Monika to moja jedyna córka, więc siłą rzeczy jestem jej najbliższym powiernikiem. Tylko czasu wiecznie mamy dla siebie za mało, bo ja wiele pracuję. Zostają nam jednak wieczory, które staram się spędzać z dziećmi. Siedzimy na kanapie, oglądamy filmy, rozmawiamy. Jak mamy troszkę czasu, szperamy z Moniką w internecie.
Czy zdobycie tytułu Najpiękniejszej Mamy i Córki jakoś na was wpłynęło? Czujecie się inaczej?Monika: Chyba odważniej. Taki sukces dodaje pewności siebie. Jak wiele dziewczyn w moim wieku chciałabym spróbować sił np. jako modelka, albo może wystartować w innym konkursie. Teraz chyba się odważę. Mam takie poczucie, że może otworzyła się przede mną jakaś nowa szansa.
Jest pewnie wiele pięknych mam i córek, które chciałyby stanąć do udziału w naszym konkursie, ale nie znajdują w sobie tyle śmiałości. Co byście im powiedziały?Monika: Niech się śmiało zgłaszają. Choćby ze względu na wspomnienia, które zostaną na całe życie.
Kasia: Naprawdę, nawet gdybyśmy nie wygrały, byłaby to dla nas przygoda życia. Dlatego zachęcam wszystkie panie: odważcie się, bo warto.
Piotr Jach
PT