Facebook Google+ Twitter

Napalm Death, czyli maltretowanie w Kinie Šiška

W ubiegły piątek, 21 lutego, Kino Šiška, centrum kultury miejskiej czy jakby ten pełny tytuł zgrabnie przełożyć, gościło trochę dinozaurów - między innymi Napalm Death, których musiałam zobaczyć.

Napalm Death to legenda. To jak dostać lanie od zawodowca.

Jak na grindcore przystało, kawałki trwają krótko, musisz się więc szybko przyzwyczajać i przestawiać. Ale nie martw się, nie jest to zbyt trudne - po dwóch, trzech znasz już mniej więcej reguły gry. Wokalista głównie krzyczy. Perkusista momentalnie rozpędza się do szybkości niepojętych. Bas jest absolutnie tłusty i ponuro ciemny. Gitarzysta skupia się na jak najprostszym i najskuteczniejszym zinterpretowaniu sytuacji poprzez nadążanie za sekcją rytmiczną i nadanie całości nieco melodyjnej ogłady. Momentami pozwala sobie na metalowe wycieczki, trochę trashowych nawiązań. Wokalista wiedzie prym, prowadząc krótkie pogadanki na temat ważnych spraw: czyli kapitalizm jest zły, faszyści są źli, i tak dalej. Oczywiście wszystko zaledwie zarysowane, bo ta długowłosa, brodata publiczność, której tłumnie stawiła się w Kinie, wie wszystko już od dawna na ten temat. Śpiewa razem z Markiem Greenwayem. Niemalże.



I tak to mniej więcej wyglądało.

Uroczo było odkryć metalową publiczność Lublany, o której istnieniu już słyszałam, jednak nie było mi z nimi po drodze. To specyficzna gawiedź, budząca respekt swoim podejściem do muzyki na żywo: żadnego gadania, żadnego głupkowatego skakania, oczywiście ten i ów daje się ponieść moshowaniu, większość jednak stoi i z uwagą analizuje kolejne etapy. Dość uniwersalny obraz słuchacza metalu zarazem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

...i "off" dla monopolistów.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.