Facebook Google+ Twitter

Nasi na wojnie: "Takie życie sobie wybraliśmy"

  • Źródło: Gazeta Krakowska
  • Data dodania: 2006-10-22 09:28

Prawdziwą grozę wojny człowiek uświadamia sobie dopiero wtedy, gdy zginie ktoś w najbliższym otoczeniu. Kiedy się traci dowódcę plutonu, każdy „łapie doła”.

fot. AKPAJest rozkaz i się jedzie


Każdy żołnierz ma świadomość, że do Iraku nie jedzie na wczasy, tylko na wojnę – mówi starszy szeregowy Artur Orawczyk. – Ale rzeczywistość na miejscu i tak czasem zaskakuje. Co innego wiedzieć teoretycznie, a co innego doświadczyć na własnej skórze. Mało kto na przykład zdaje sobie sprawę, że bardziej nawet niż niebezpieczeństwa, do których człowiek się przyzwyczaja, w kość daje klimat. Nasza trzecia zmiana tak mocno tego nie odczuła, bo przyjechaliśmy tam w zimie, ale koledzy, którzy nas zmieniali, trafili w środek lata – i było widać, że nie wyrabiają.

W 6. Pomorskiej Brygadzie Desantowo–Szturmowej służy wielu żołnierzy, którzy byli na misji stabilizacyjnej w Iraku. Liczą się z tym, że mogą znów pojechać w rejon walk. Tam, albo do Afganistanu. Dla starszego szeregowego Łukasza Kulpy, który służył w drugiej zmianie polskiego kontyngentu wojskowego, to normalne:
– Jest rozkaz i się jedzie. Gdyby ktoś naprawdę nie chciał, to nikt go na siłę nie zabierze, ale przecież jesteśmy żołnierzami.

Żony czekają


Nie ukrywają, że ich bliscy mają często inne zdanie.
– Chyba nie ma rodziny, która by miała pozytywny stosunek do naszych wyjazdów – przyznaje Kulpa.
– Moja żona, gdyby mogła, toby mnie nie puściła – potwierdza starszy kapral Piotr Mętrak. – Ale kiedy za mnie wychodziła, wiedziała, jaką mam pracę i pogodziła się z tym.

Choć bywa i tak, że niektórzy żołnierze po powrocie z misji chcieliby to zmienić.
– Może nie od razu po misji, ale po jakimś czasie mają dość i stwierdzają, że lepiej wyjść do cywila – uściśla Mętrak. – Ale to wyjątki. Podejrzewam, że na misji ryzyko jest rzeczywiście większe niż w normalnej służbie, ale z drugiej strony, nic tak nie rozwija, jak misja. Tego doświadczenia nic nie zastąpi, a z zagrożeniem bym nie przesadzał. Ja miałem cztery kontakty ogniowe w trakcie dwóch zmian. Powiedzmy szczerze, nie jesteśmy na pierwszej linii. Kiedy w trakcie mojego pobytu w Iraku wybuchło powstanie Al Sadra, ciężar walk przyjęli na siebie Amerykanie.

Nasi żołnierze nie kryli się jednak za plecami sojuszników, bronili posterunków policji irackiej oraz budynków irackich władz lokalnych, izolowali rejony operacji, wspierając Amerykanów.
– Ja miałem tylko jeden kontakt ogniowy, poza tym przeżyliśmy w Karbali kilka ataków na transporty jedzenia. Jednak nie wszyscy mieli tyle szczęścia – mówi Łukasz Kulpa. – Prawdziwą grozę wojny człowiek uświadamia sobie dopiero wtedy, gdy zginie ktoś w najbliższym otoczeniu. Kiedy się traci dowódcę plutonu, jak ja, każdy „łapie doła”.

Porucznik Daniel Różyński poległ we wrześniu 2004 roku wraz z trzema innymi polskimi żołnierzami podczas ataku na patrol saperski. Kulpa dobrze pamięta ten dzień, choć sam nie uczestniczył w potyczce.
– Porucznik dowodził tym patrolem w zastępstwie za innego oficera, który akurat pojechał do kraju na pogrzeb żołnierza, który zginął wcześniej. Patrol już wracał z zadania, kiedy wpadł w zasadzkę. Porucznik był na misji dopiero od półtora tygodnia, taki pech.
– W takich sytuacjach nie ma siły, żeby nie pomyśleć: „To mogłem być ja” – mówi Orawczyk.
– Ludzie reagują na to różnie – dodaje Mętrak. – Jedni boją się potem wystawić nos z bazy, inni już by chcieli jechać, coś robić, walczyć, odegrać się na wrogu.
– Do tego dochodzi troska o rodzinę – ciągnie Orawczyk. – Każdy z nas liczy się z tym, że nie wróci i myśli, jak wtedy poradzą sobie jego bliscy. Nie jesteśmy w Ameryce, żeby wojsko zabezpieczyło byt rodziny do końca życia.

Nie dla kasy


Wielu ludzi sądzi, że żołnierze chcą wyjeżdżać na misje, bo tam więcej zarobią.
– Parę złotych zawsze się przyda, ale dla samych pieniędzy naprawdę nie warto jechać – zaprzecza Mętrak. – Tym bardziej że wcale nie są takie wielkie.
– Nawet jak się porównać z żołnierzami z Mongolii – zauważa Orawczyk. – Mongoł wraca z misji, stawia dom, kupuje dobry samochód i jeszcze mu zostaje. Polakowi wystarczy może na używane auto.
– Zwłaszcza kiedy, jak np. ja, wróci do kraju i widzi, że dolar nie kosztuje już prawie cztery złote tylko niecałe trzy – wspomina Kulpa. – Sprzedawałem swoje po 2,98 zł i szlag mnie trafiał.
– Nie to jest najgorsze. Dużo gorzej, kiedy ludzie wracają z misji i okazuje się, że trzeba iść do cywila, bo nie ma dla nich pracy. To jest dopiero szok – na powitanie nowina, żeby sobie szukać roboty. A przecież nasza praca to wojsko. Takie życie sami wybraliśmy.

Marek Lubaś-Harny

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.