Pierwsza konferencja Państwowej Komisji Wyborczej odbyła się o godzinie 12. Jej przewodniczący - Ferdynand Rymarz, ogłosił, że frekwencja o godzinie 10.30 wyniosła 8,36 proc. Tak więc, pomimo początkowo niesprzyjającej aury, już 2,5 miliona wyborców pofatygowało się do urn. Czy to dużo, czy mało? Trudno powiedzieć. Jednak faktem jest, że w poprzednich wyborach - i to przy bardziej sprzyjającej pogodzie - zagłosowało o prawie 2 proc. Polaków mniej (6,76%). Po godz. 12 rybnickie niebo się wypogodziło... Do lokali wyborczych zaczęło przychodzić coraz więcej mieszkańców. Frekwencja, tak jak w całym kraju, rosła.
Pierwsze podsumowania
Tradycyjnie już, po zakończeniu ciszy wyborczej (choć tym razem - niespodziewanie - o 22.50, a nie o 20.) walka wyborcza kandydatów przemieniła się w rywalizację mass mediów. W trakcie kampanii telewizje walczyły o oglądalność podczas debat. Po głosowaniu debaty zastąpiły wieczory wyborcze. Jeśli w niedzielny wieczór ktoś chciał zobaczyć jakiś film, miał poważny problem. Którykolwiek kanał włączył - wszędzie wyborcze podsumowania i... politycy, od których w ciągu ostatnich dwóch dni zdążyliśmy się troszkę odzwyczaić.
Więcej niż zwykle
W 18-letniej historii wolnych wyborów najwyższa frekwencja była w II turze wyborów prezydenckich w 1995 roku (68,23 proc). Jak podkreślają politolodzy, wybory prezydenckie zawsze, ze względu na wysoką personalizację elekcji, przyciągają większą ilość wyborców niż wybory parlamentarne.
Jeśli chodzi o wybory parlamentarne, najwięcej Polaków - 62,7 proc. - poszło do urn w I turze wyborów kontraktowych. Potem było już tylko gorzej... Wybory w 2005 roku frekwencją nie porażały, chociaż i tak była ona wyższa od tej przewidywanej przez politologów.
Na szczęście ta elekcja pokazała, że coś zaczyna się zmieniać... Przekroczono magiczną granicę 50%. Dlaczego? Sytuacja po ukonstytuowaniu się polskiego parlamentu, ciągłe kłótnie, koalicje nie z tej ziemi i coraz większa alienacja władz, podkreślających swoją "bliskość społeczeństwu" spotęgowały niechęć do rządzących "elit". Co gorsze, niechęć ta częściej przejawiała się w deklaracji "niepójścia", niż pójścia na wybory.
odpowiedzią na społeczną apatię były - pojawiające się jak grzyby po deszczu - inicjatywy na rzecz zwiększenia frekwencji wyborczej. W ostatnie dni przed głosowaniem niemal wszyscy Polacy kojarzyli kampanię społeczną "zmień kraj, idź na wybory" czy ruch 'Pokolenie '89". Do głosowania namawiali wszyscy - sami politycy, Kościół, działacze społeczni i gwiazdy mass mediów (przykładem niech będzie Szymon Majewski vel Ędward Ącki z partii ĘĄ). Co jednak powiedzieliby Polacy, gdyby frekwencja była podobna do tej z zeszłej elekcji?
Winny zawsze się znajdzie
W 2005 roku pojawiły się pierwsze głosy o złym wpływie... pogody na wybory. Zgodnie stwierdzono, że najbardziej zaszkodziła Platformie, której niezdyscyplinowani sympatycy woleli spędzić ostatnie słoneczne chwile na łonie natury, a nie w wyborczym lokalu... Wskazanie idealnej wyborczej aury jest niezwykle trudne. Piękna pogoda skłania nie tylko do wyjścia z domu, ale wręcz do weekendowego wyjazdu. A ten, jak wiadomo, frekwencji nie sprzyja. Z kolei brzydka - skutecznie zniechęca. W zimny i deszczowy dzień umiarkowani zwolennicy danej opcji politycznej niekoniecznie wystawią nos za drzwi. A więc tak źle i tak niedobrze.
Pogoda, pogodą, ale te osoby, które nie zagłosowały, nie mają prawa narzekać na działania przyszłych władz. Stwierdzenie, że "to nie ja ich wybrałam/wybrałem" nie jest w tym wypadku żadnym wytłumaczeniem. Nie bez przyczyny stare porzekadło mówi, iż nieobecni nie mają racji...
dane, dotyczące tegorocznych wyborów -
TVN24.pldane, dotyczące poprzednich frekwencji - [a]http://www.wikipedia.pl;Wikipedia[a]