
– Taka forma protestu to dla mnie ostateczność – mówi Marek Siwicki, wiszący za oknem na trzecim piętrze. – Gmina w geście litości zaproponowała mi lokal, a właściwie klitkę wielkości 17 mkw., bez łazienki i kuchni z latryną na podwórku – denerwował się kilka godzin po dramatycznym zajściu
Siwicki. – Ale ja nie przestanę walczyć o mieszkanie, w którym jestem zameldowany i płacę czynsz – dodał.
Siwicki od ponad 40 lat zameldowany jest w mieszkaniu przy ulicy Bałuckiego. Wczoraj rano miał się tam pojawić komornik. Przyszedł kilkanaście minut przed czasem, ale lokatora już nie było w domu. Wisiał za oknem razem z ogromnym transparentem, na którym napisał „Protest przeciw eksmisji i oszustwu gminy i sądu”.
Dodałbym jeszcze „prokuratury”, ale zabrakło mi miejsca – tłumaczył Siwicki. – Próbowałem dotrzeć do wszystkich możliwych urzędników, prokuratury i sądów. Ale moja sprawa nikogo nie interesuje. Sąd wydał wyrok eksmisji i na tym dyskusja się kończy. Taka forma protestu to jedyne wyjście w mojej sytuacji – dodał.
Z lin do szpitala
Kilkadziesiąt osób zgromadzonych wczoraj przed południem pod budynkiem przy Bałuckiego było w szoku. Sąsiedzi przekrzykiwali się, o mały włos nie doszło do przepychanek. Policyjny negocjator namawiał zdesperowanego mężczyznę, by zszedł na dół. Udało się. Karetka pogotowia odwiozła go na obserwację do szpitala.
– Pacjent nie wymaga hospitalizacji. Potrzebuje wsparcia i powinien być pod stałą opieką psychologa – powiedział nam lekarz dyżurny Kliniki Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu.
Konflikt o metraż
– To dobry i spokojny sąsiad. Jest tu zameldowany od lat 60., nie ma z nim żadnych kłopotów. Wiem, że zawsze opłaca czynsz. Jego koszmar i walka z urzędnikami trwa od 10 lat. Wszystko zaczęło się, kiedy zmarła jego matka. Sąd orzekł, że pan Marek nie ma prawa do tego lokalu – opowiadała sąsiadka Jolanta Dudydna.
Źródłem konfliktu jest podjęta przed laty decyzja o podziale dużego mieszkania na dwa mniejsze. Ponad 64 metry kwadratowe zajmuje siedmioosobowa rodzina Malczewskich.
Pan Marek w lokalu, w którym mieszkał razem z matką, miał do dyspozycji 35 metrów. Rodzina Malczewskich chce dostać prawa do całości. Twierdzi, że nie mieści się w swoim metrażu, dzieci śpią w kuchni, a sąsiad ma za dużo miejsca jak na jedną osobę.
– Rachunki płacimy osobno. Ten człowiek śpi wygodnie na tapczanie, a moje dziecko nie ma gdzie odrabiać lekcji – twierdzi Joanna Malczewska. – Piszemy do kogo się da, żeby dostać większe mieszkanie. Lokalówce dałam cztery adresy pustostanów i nic – dodaje. Jej zdaniem, Marek Siwicki cały cyrk zrobił po to, żeby wywołać sensację.
Piotr Drab, krewny desperata, zapewnia, że to bardzo pogodny i spokojny człowiek, który nie miał się już gdzie zwrócić z prośbą o pomoc. Co prawda gmina przydzieliła mu lokal zastępczy na Oporowie, ale bez podstawowych udogodnień.
Bez nadziei i odwołania
Urzędnicy potwierdzają, że protestujący lokator jest zameldowany przy ulicy Bałuckiego od ponad 40 lat. Jednak w 2002 roku sąd zadecydował o jego eksmisji. Gmina argumentuje, że przez dwa lata miał tymczasowe zameldowanie i faktycznie przez cały czas przebywał w Legnicy.
– W postępowaniu sądowym ten człowiek wykorzystał wszystkie przewidziane środki zaskarżenia. Nie udało mu się zmienić wyroku – tłumaczy Krystyna Paterek, kierownik działu lokali mieszkalnych urzędu miasta. – Sąd, orzekając eksmisję, nie przyznał mu prawa do lokalu socjalnego. Mimo to nie pozbawiliśmy go dachu nad głową, zapewniając tak zwane tymczasowe pomieszczenie – dodaje.
Urzędnicy mają czas
Marek Siwicki zapewnia, że dalej będzie walczył. Przeszedł już drogę przez wydział lokali mieszkalnych, wiceprezydenta i prezydenta Wrocławia. Twierdzi, że w żadnym z tych miejsc nie spotkał się z dobrą wolą.
– Po tym, jak powiedziałem jednemu z urzędników, że mam trzy dni do eksmisji, usłyszałem ironiczną odpowiedź, że on ma dwa tygodnie na rozpatrzenie mojej sprawy – wspomina Siwicki. – Całe nieporozumienie wynika z tego, że przez dwa lata opiekowałem się śmiertelnie chorą matką w Legnicy. W tym czasie pracowałem we Wrocławiu i czasem tu bywałem. Miałem taki charakter pracy, że większość czasu spędzałem poza domem. Tymczasem sąd uznał, że już nie mieszkam we Wrocławiu – zwierza się Siwicki.