Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

13037 miejsce

Neutralna jak Szwajcaria

- Niestety nie mam franków a nawet gdybym je miał to chętnie bym się ich pozbył – przemiły pan uświadomił mi brutalną prawdę, że już nigdzie nie kupię franków szwajcarskich....

Oczywiście trzeba było się tym zająć wcześniej ale kto mógł przewidzieć, że akurat wtedy, kiedy będę miała zamiar wyjechać do tego neutralnego państwa spotka mnie taka sytuacja walutowa. Kupiłam więc euro kierując się zasadą: „Jeśli nie ma co się lubi…”
W zasadzie do Szwajcarii jechałam bez celu i bez jakiejkolwiek znajomości tego kraju. Na mojej liście kierunków ciekawych do zwiedzenia został całkowicie zapomniany i pominięty. Jednakże, gdy obudzimy kogokolwiek w środku nocy i zapytamy: „Z czym Ci się kojarzy Szwajcaria?”, zapewne usłyszymy : ser, banki, zegarki, scyzoryki. I tymi właśnie rzeczami zamierzałam się kierować podróżując po Szwajcarii.

Przystanek pierwszy Zurych – tropem banków.



Ulica Bahnhofstrasse / Fot. KatarzynaPiecSpacerując ulicą Bahnhofstrasse nie było trudne napotkać bank. Jedna z najbardziej ekskluzywnych ulic świata przyciąga wzrok luksusowymi sklepami,
każe go jednak natychmiast odwrócić gdy spojrzymy na ceny. Dla mnie jednak w tamtej chwili cenniejsza niż cała ta ulicą była woda. Zmęczona i spragniona potrzebowałam czegoś do picia ale najpierw postanowiłam opuścić Bahnhofstrasse gdyż dla mnie było tam za tłoczno. I ledwo co zostawiłam ją za sobą natknęłam się na fontannę. Cóż za cudowny widok. Już wyjaśniam dlaczego. W Szwajcarii woda jest tak czysta, że można ją pić prosto z fontanny i nic nam nie będzie, zakazane jest to tylko tam gdzie znajduje się odpowiednie oznaczenie, na które ja osobiście się nawet nie natknęłam. Tak więc pragnienie zostało zaspokojone a od tej pory szwajcarska woda mi towarzyszyła w znacznym stopniu. Tak, to Szwajcaria.
Oglądając panoramę miasta oczywistą sprawą jest, że na pierwszy plan wysuwają się wieże Grossmunster. Jeśli czytają to fani filmu „Va Bank” to być może pamiętają jak w drugiej części owego filmu Kwinto I Duńczyk siedzą i rozmawiają o czekoladkach a za nimi jest właśnie owy kościół Grossmunster. Można pokusić się o odnalezienie dokładnego miejsca w którym kręcono tę scenę, jednakże znajduję się tam restauracja i ludzie mogą dziwnie spoglądać na takich zapaleńców ale „O szczęście trzeba grać Va Bank…”.
Miłośnicy historii nie powinni ominąć pod żadnym pozorem domu Lenina natomiast miłośnicy sztuki koniecznie powinni wejść do Kościoła Fraumunster, gdzie znajdują się witraże słynnego artysty jakim bez wątpienia był M. Chagall. I gdy znów pragnienie daje o sobie znać, tuż przy wyjściu z kościoła sympatyczna dziewczyna rozdaje darmowy napój w ramach reklamy. Zawsze w odpowiednim miejscu i czasie… Tak to Szwajcaria…

Przystanek drugi Jungfraujoch, Monch i Eiger – scyzoryk Ueli Steck’a



Jungfraujoch / Fot. KatarzynaPiecWspominając o Szwajcarii na pierwszy plan wysuwają się Alpy. Potężne szczyty i to nie tylko te zadeptane przez turystów, aczkolwiek bez niezbędnego przygotowania nie radzę się zapuszczać w nieznane tereny.
Kiedy zmierzałam ku najsławniejszych szczytom tego kraju pogoda był mizerna i obawiałam się, że aparat na niewiele mi się zda, bo po co komu kilkadziesiąt zdjęć gęstej mgły? Nadzieja zawitała, gdy zmierzając w kierunku stacji kolejki, która miała mnie zawieźć na szczyt Jungfrau na chwilę mgła opadła, chmury się rozstąpiły i moich oczom ukazał się w całości widok Jungfrau, Monch i Eiger. To było niesamowite dla kogoś, kto oglądał wysokie góry pierwszy raz. Wtedy poczułam piękno tych gór, ich majestatyczność i szacunek dla nich.
Kolejka na Jungfrau toczyła się powoli ku górze, zmieniając widok za oknem z mgły na skały, ponieważ przez większą część jedzie przez wykuty w górze tunel.
Stacja pierwsza, widokowa, podniecenie osiąga apogeum…! Ale nic nie widać… Mgła gęsta jak mleko nie pozwala dostrzec nic dalej jak na dwa metry… Wielkie rozczarowanie ale trzeba jechać dalej…
Kolejna stacja: Eigerwand. Lekko się ociągając wysiadam z kolejki, no bo cóż mi z oglądania białej ściany mgły…? I tu ogromne zaskoczenie ! Ponieważ znajdujemy się już na znacznej wysokości, ponad poziomem chmur i mgły ściana Eiger jest doskonale widoczna. ! Wśród zrozumiałych „achów” i „ochów” turystów pstrykających zdjęcia razem ze mną, ja zastanawiam się ilu ludzi ta ściana pokonała gdy chcieli ją zdobyć. W chwili gdy znajdowałam się w Szwajcarii rekord wspinaczki na Eigerze należał do znanego szwajcarskiego wspinacza Ueli Steck’a ,który zdobył ją w 2 h 47 min. I jak mniemam, zawsze ma przy swoich wspinaczkach naturalnie szwajcarski scyzoryk, w których reklamie też wystąpił. Rekord został później pobity przez Dani Arnolda z czasem 2 h 28 min. Zainteresowanych tematem odsyłam do filmu „ Reel rock 2010” lub „Akcja na Eigerze” gdzie wyzwanie podejmuje sam… Clint Eastwood.
Kto zna uczucie braku tlenu…? Będąc na wysokości 3.500 m. n. p. m można dostać zawrotu głowy. Pierwsze pół godziny aklimatyzacji były ciekawym doświadczeniem. Zaczęły mi łzawić oczy, nogi miałam jak z waty i generalnie nieco kręciło mi się w głowie. Tak jakbym wypiła kilka głębszych. W dodatku to ostre powietrze… Jednakże jak prawdziwa kobieta i turystka była przygotowana na taką okoliczność. W plecaku znajdowała się kurtka zimowa i chusta. Sama śmiałam się przed wyjazdem, że chyba jako jedyna spośród znajomych jadąc na wakacje, zabieram kurtkę zimową zamiast kostiumu kąpielowego.
Kiedy człowiek widzi nieporównywalnie piękny błękit nieba, poszarpane skały gór przykryte puszystym śniegiem oraz krystalicznie czysty lód zwisający tu i ówdzie zdaje sobie sprawę, że nie ma większej nagrody za wszystkie trudy podróżowania.Jungfrau / Fot. KatarzynaPiec
Zdecydowanie był to najlepszy i kulminacyjny moment mojej podróży. Głęboki wdech i otwarta przestrzeń przede mną… Mogę zrozumieć ludzi, którzy ryzykują dla tego życie. To jest piękno w czystej postaci.
Z Jungfrau można powysyłać pocztówki do znajomych i rodziny co też sama uczyniłam, a także sprezentować np. scyzoryk kupiony w jednym ze sklepików z pamiątkami. A potem pożegnać się z górami i powoli zjechać w dół do rzeczywistości.
Miłośnicy literatury fantasy i twórczości J.R.R. Tolkiena powinni w drodze powrotnej choć na chwilkę pojechać do doliny Lauterbrunnen. Sam autor powieści był w tym miejscy kiedy miał 19 lat. Dolina tak bardzo go zachwyciła, że opisał ją potem w swojej książce jako Dolinę Rivendell. Można więc choć przez chwilę poczuć się jak w innym świecie. Niestety, ja ze względu na pogodę nie mogłam zachwycić się doliną w całej krasie ale z odrobiną wyobraźni…

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Za wskazówkę o Lauterbrunnen "podbiję"... za czterdzieści razy. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.