
Vancouver Canucks po pasjonującym pojedynku zakończonym dopiero w drugiej dogrywce pokonali „Rekiny” z San Jose 3:2. Była to zarazem czwarta wygrana w serii „Orek”, co oznacza, że zostały one pierwszym tegorocznym finalistą Pucharu Stanleya. Znakomite spotkanie rozegrał Roberto Luongo, który w całym spotkaniu obronił aż 54 strzały. Raz jeszcze błysnęli bracia Sedinowie.
Drużyna prowadzona przez Todda McLellana przyjechała do Vancouver z przysłowiowym nożem na gardle. Po trzech przegranych w poprzednich czterech meczach musieli odnieść zwycięstwo i to w jaskini lwa. O świadomości swojego dramatycznego położenia, oraz jednoczesnym zdeterminowaniu w osiągnięciu celu najlepiej świadczy fakt, że San Jose oddało w całym spotkaniu, aż 56 strzałów na bramkę rywali. I niczemu nie ujmuje tu sytuacja, iż mecz zakończył się w drugiej dogrywce. Jednak skuteczność graczy kalifornijskiej drużyny, tak w sezonie zasadniczym, jak i w play off pozostawiała wiele do życzenia. I w gruncie rzeczy słabość w tym elemencie gry stała się kluczowa dla losów rywalizacji z Vancouver Canucks.
Tymczasem podopieczni Alana Vigneaulta mając w swoich szeregach Daniela i Henrika Sedinów, oraz Roberto Luongo w bramce chcieli zakończyć serię w możliwie najkrótszym czasie, by oszczędzić sobie horroru z pierwszej rundy, gdzie potrzebowali, aż 7 spotkań żeby odprawić Chicago Blackhawks. Raz jeszcze bracia Sedinowie pokazali swoją siłę. Także Roberto Luongo, który w tegorocznych rozgrywkach zawalił kilka bramek i to w sposób kompromitujący, tym razem pokazał się z jak najlepszej strony.
Pierwsza tercja zakończyła się wygraną gospodarzy. W 9.minucie gry akcję za bramką Sharks rozegrali Daniel i Henrik Sedinowie, zaś zagrany przed bramkę krążek do siatki posłał Alexandre Burrows. Było to jego 7 trafienie, zaś Henrik Sedin zaliczył swoją 18 asystę w tej akcji. Gracze San Jose próbowali, aż piętnastokrotnie w tej tercji pokonać bramkarza Canucks, ale sztuka ta im się nie udała.