Z niecierpliwością czekałam na kolejną produkcję del Toro, dlaczego zatem się zawiodłam? Wszystko zaczyna się typowo. Siedmioletnia dziewczynka Sally przeprowadza się do swojego ojca i jego nowej partnerki do odnawianej przez nich wiktoriańskiej posiadłości. Jak przystało na stary dom z typowego horroru, zaczynają się dziać rzeczy irracjonalne. Twórcy, aby spotęgować nasz strach, uśmiercają poprzedniego właściciela rezydencji. Szepty, mityczne stwory, ciemność, piwnica i mała smutna dziewczynka - to wszystko wpisuje się w znane nam już konwencje horrorów. I tu tkwi największy błąd, czyli
przewidywalność przez duże P - śmiech zamiast strachu i znudzenie widzów. Ten film miał potencjał, całość jednak została wyreżyserowana w taki sposób, że nie sposób się nie rozczarować.
A jakby się tak pośmiać na horrorze?Nie ukrywam - kilkakrotnie wybuchnęłam głośnym śmiechem. Zresztą, nie byłam odosobniona w swoich reakcjach. Ten film nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia i niestety, ani razu nie poczułam tego oczekiwanego przeze mnie uczucia, jakim był strach. Podczas seansu zdecydowanie królowało znudzenie.
I to naprawdę bolesny widok, kiedy podczas emisji filmu, moi towarzysze po prawej stronie pisali SMS-y, państwo po lewej nieprzerwanie dyskutowali, a jeszcze Ci niżej przeglądali strony internetowe. Zresztą i mnie przez głowę przemknęła myśl opuszczenia sali.
Czytaj więcej -->