Facebook Google+ Twitter

(Nie) całkiem poważnie o piłce

Kończący się już z wolna piłkarski tydzień przyniósł dużo ciekawych wydarzeń. Z tego powodu zabrałem się za podsumowanie tego, co wszyscy mogliśmy zobaczyć. A działo się wiele rzeczy godnych refleksji.

Zawodnik Austrii Wiedeń Rubin Milenko Acimovic (L) walczy o piłkę z Bartoszem Bosackim (P) z Lecha Poznań podczas meczu 1. rundy Pucharu UEFA. / Fot. PAP/EPA/GEORG HOCHMUTHPo długim namyśle zdecydowałem się na tę oto refleksję, z myślą, że może komuś z wyższych władz piłkarskich w Polsce otworzą one oczy na bieżące sprawy. Od razu zastrzegam, że będzie to opis z przymrużeniem oka, więc jeśli ktoś oczekuje tylko suchych faktów to pewnie się bardzo rozczaruje. A więc tygodniową piłkarską karuzelę czas zacząć.

Poniedziałek, czyli czas euforii pod Wawelem

Tak, tak, to nie pomyłka. Gdy o godzinie 21 na White Hart Line (według niektórych purystów to Łart Hart Rejn) na boisko wyszły zespoły Tottenhamu Hotspur i Aston Villi Birmingham w meczu kolejnej już serii spotkań Premiership, w większości domów fanów Wisły (tak domniemam) telewizory odbierały tylko jeden program stacji kodowanej. Około 22.30 w tych samych domach wybuchła euforia, gdyż przyszły rywal Wisły zaprezentował się bardzo słabo i przegrał z Aston Villa 1:2. Wtorkowe gazety przepełnione były patetycznymi stwierdzeniami, że Wisła musi wykorzystać słabszą formę popularnych "Kogutów". Najodważniejszy był oczywiście król pola karnego w szeregach Białej Gwiazdy. Zastanawiacie się pewni któż to taki. To może zacytuje jego bardzo mądrą wypowiedź przed pierwszą potyczką z FC Barceloną.
Dziennikarz: Czy czujesz respekt do Thierry'ego Henry'ego?
Tajemnicza Gwiazda: Ja? A niby czemu mam czuć przed nim respekt? Na boisku rzucę mu 2 lub 3 kuksańce, żeby nabrał szacunku do mnie i na pewno wygramy.
Czyż to nie jest śmieszne? Tak chodzi mi o Rafała Boguskiego (choć jak się w czwartek dowiedziałem ukrywa się też pod nazwiskiem Bogucki). Ten właśnie chłopak we wtorek odważnie zapowiadał, że pokonanie Tottenhamu jest coraz prostsze. Jak było, przekonaliśmy się we czwartkowy wieczór, ale do tego też dojdę.

Wtorek, czyli jak wielki jest zasięg reklamy znanych marek

16 września 2008 roku przejdzie niewątpliwie do historii. Takiego debiutu w elitarnej Lidze Mistrzów każdy z kibiców życzyłby sobie dla swojej drużyny. Jednak tylko fani nieznanej, do tej daty, ekipy mistrza Rumunii, CFR Cluj mieli powody do satysfakcji. Nie dość, że ich debiut odbywał się na boisku renomowanego rywala. Nie dość, że musieli odrabiać straty po szybko straconym golu. To nie przeszkodziło im to w odniesieniu zwycięstwa. W sumie zastanawiam się, czy gdyby zamienić koszulki obu ekipom, to czy ktoś by się zorientował, że coś nie gra. Myślę, a nawet jestem przekonany, że nie. Piękne bramki, widowiskowa gra, a przede wszystkim determinacja i dobrze pojęty respekt dla rywala zaowocowały wygraną. Moim zdaniem po prostu po treningach przed tym spotkaniem piłkarze dostali za zadanie oglądać do znudzenia i wbić sobie do głowy slogan reklamowy jednej ze sportowych marek: "Impossible is nothing" ("Niemożliwe nie istnieje"). Teraz pewnie (przynajmniej w kibicowskim słowniku) zmieni swój wydźwięk powiedzonko "Ty Rumunie". A Łukasz Sosin nagle z zawodnika, z którego nawet kazano się przedszkolakom śmiać, bo to cypryjska liga, nagle stał się łowcą bramek i naszym zbawcą w spotkaniach eliminacji mistrzostw świata w 2010 roku.

Środa, czyli człowiek jako istota omylna

Środek tygodnia to czas kiedy każdy już powoli myślami jest przy weekendowym odpoczynku. Najwidoczniej tę polską zasadę wziął sobie do serca nieomylny rozjemca "polskiego" meczu w Lidze Mistrzów. Pan Matteo Trefoloni w 79. minucie meczu pomiędzy Celtikiem a Aalborgiem zauważył wyraźny faul gracza duńskiej ekipy na Georgiosie Samarasie. Nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie jeden mały (pewnie we Włoszech nie ma to znaczenia) szczegół, że sędzia pokazał czerwony kartonik nie winowajcy zamieszania, ale przypadkowo nadbiegającemu za akcją, Bogu ducha winnemu, koledze z drużyny. Co gorsza, dwóch arbitrów bocznych też ogarnęła chwilowa zaćma, przez co nie mogli wskazać głównemu ewidentnej pomyłki. Gracze Aalborga przez ponad trzy minuty tłumaczyli sędziemu, ale ten szedł w zaparte. W Polsce pewnie wszyscy powiedzieliby, że miał chwilę niedyspozycji i po co robić tak wielką aferę, a to że faulował gracz z numerem 2, a kartkę dostała "czwórka" to już nieistotne. Przecież tak naprawdę to nic się nie stało. Jednak Trefoloni mecze Ligi Mistrzów obejrzy już tylko z telewizora lub trybun, bo w UEFA taka pomyłka jest dyskwalifikująca.

Czwartek, czyli apogeum nienormalności

I tak dochodzimy w naszej tygodniowej podróży do czwartku. To miał być polski dzień. Najpierw poznańska Lokomotywa miała przejechać się po Austrii Wiedeń, a następnie Biała Gwiazda miała wywieść z White Hart Line tzw. zwycięski remis. Obydwa plany legły w gruzach. Nie oznacza to oczywiście, że mamy się czym smucić. Podczas meczów cały czas dostarczano nam coraz to ciekawszych informacji. W spotkaniu Lecha z Austrią dowiedzieliśmy się, że od dziecka grający dla Słowenii Milenko Acimović nagle przeistoczył się w Słowaka. Pewnie sam się tego nie spodziewał, więc nawet nie zdążył tego zdementować. Ale ma się to nijak do meczu Tottenhamu z Wisłą. Tam na ławce siedzieli jacyś dziwni zawodnicy, jak bramkarz Jurczyk, a po boisku biegały takie gwiazdy, jak Dżinas, Zakora czy bramkostrzelny i posiadający instynkt snajperski Rafał Bogucki. Ale to jeszcze nic drodzy Czytelnicy. Spójrzmy na jeszcze jeden paradoks. Nie da się ukryć, że jeśli Leo Beenhakker oglądał wczorajsze zmagania naszych piłkarzy, to dali o sobie znać kandydaci do kadry, strzelając oczywiście grad bramek. Zarówno Hernan Rengifo jak i Tomas Jirsak chcieli się dobrze zaprezentować, wyjść z cienia, by już w najbliższych meczach jako wychowankowie polskiej szkoły trenerskiej i polskich klubów mogli dostać tak długo wyczekiwane powołania do kadry i przywdziać koszulkę z ukochanym biało-czerwonym orłem. No i nagle budzę się ze snu i przypomina mi się cytat z reklamy sponsora Górnika Zabrze: "Cuda się zdarzają, ale nie warto w nie wierzyć". A tak już na poważnie, ani Brożek, ani Boguski nie zachwycili mimo kwiecistych wypowiedzi przed spotkaniem. Wiec nasuwa się pytanie, po co mówią coś czego potem mogą się wstydzić? Odpowiedzmy sobie sami. R. Lewandowski nie musi się wstydzić, bo zagrał porządne spotkanie, a przynajmniej pokazywał, że cały czas ma ciąg na bramkę i "gryzie trawę". Zapytacie pewnie, po co się czepiam, skoro dla Manchesteru bramki strzela Cristiano Ronaldo, a w Chelsea pewne miejsca w składach ma tylko dwóch Anglików. Odpowiadam szybko, że zgoda, ale tam system szkolenia jest inny i gdy podstawowi zawodnicy zawodzą wchodzą młodzi reprezentanci i są w stanie odmienić losy meczu.

Piątek, czyli obalamy mity

W piątek doszło do obalenia mitu trenerów-zbawicieli. Henryk Kasperczak w pierwszym spotkaniu w roli szkoleniowca Górnika Zabrze przegrał u siebie ze Śląskiem Wrocław. Przed meczem media wywołały burzę wokół osoby pana Henryka. On sam doskonale wiedział, że najlepiej jest tonować zapędy i zachował się jak profesjonalista, mówiąc o tym, że potrzebuje czasu. Nikt z dziennikarzy nie chciał tego słuchać, co spowodowało, że sobotnie tytuły gazet mogą głosić jedynie o falstarcie Kasperczaka, a nie o wygranej Śląska. Najbardziej w tym wszystkim śmieszy mnie postawa prezesa Allianz, który chwalił się, że rozmawiał cztery i pół godziny o futbolu, a o pieniądzach tylko 20 minut, Czy ktoś z Was słyszał, żeby prezes zachodniego klubu chwalił się całemu światu, że rozmawiał z dobrym trenerem o piłce więcej niż o pieniądzach? Oczywiście, że nie, bo na Zachodzie to normalka, że konwersacja toczy się o sporcie, a pieniądze to element wtórny. Szanuje pana Henryka i liczę, że Górnik pod jego wodzą będzie grał najlepszy futbol w lidze, bo teraz już nie będzie można "zwalić" winy na złego trenera gdy piłkarze mają takie trenerskie Ferrari u siebie. Tylko oby paliwo było dobre.

No i tak właśnie dobiegliśmy do końca moich rozważań na temat mijającego, piłkarskiego tygodnia. Kolejne podsumowania wkrótce.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Wisła zagrała przecież dobre spotkanie na White Hart Lane i nie wiele zabrakło a byłby remis. Rafał Boguski zagrał w tym meczu dobrze, więc o co chodzi? Obie polskie drużyny maja szanse na awans, wiec nie przesadzaj, nie czepiaj sie, spokojnie...

Komentarz został ukrytyrozwiń

biję się w pierś. Było to efektem tylko i wyłącznie zmęczenia podczas pisania bo pisałem w nocy. Dzieki za informację.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Paweł, wytykasz błędną wymowę nazwy stadionu Tottenhamu, a sam popełniłeś błąd w pisowni. To jest White Hart Lane, a nie White Hart Line.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.