Facebook Google+ Twitter

"Nie chce mi się dużo gadać"

  • Źródło: Polska
  • Data dodania: 2007-09-25 10:14

Na gdyńskim festiwalu, po filmie „Jasne błękitne okna”, kłębił się wokół niego prawdziwy tłum. Głównie nastolatków. Bo Linda to nadal gwiazda. Chociaż do Gdyni nie przyjeżdża już jak przed laty w asyście kilku ochroniarzy. Jedno się tylko nie zmieniło. Nadal jest dość oszczędny w słowach. Ale, na szczęście, nie usłyszałam od niego tekstu z „Psów”: nie chce mi się z tobą gadać. Za to wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie chce mu się za dużo gadać. A rozmowę zakończył stwierdzeniem – no to spadam.

Bogusław Linda / Fot. APPZ Bogusławem Lindą rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

Dlaczego pan nakręcił film „Jasne błękitne okna”? Co pan chciał w nim opowiedzieć?

Jeżeli się bierze jakąś ciężką robotę, to po to, żeby się nie zamęczyć na śmierć, trzeba znaleźć coś, co człowieka porusza. Pcha do przodu. Coś, co chciałoby się innym przekazać. Dla mnie akurat w tym filmie sceny umierania nie były najważniejsze. Bo to jest zawsze ciężkie i przykre do filmowania. Ale najważniejsze były wspomnienia i powrót do dzieciństwa. Bo ja już jestem w takim wieku, w którym się wraca do dzieciństwa. I starałem się tym filmem przekazać, że to są piękne czasy. I warto o nich pamiętać.

Ci młodzi ludzie, którym się film podobał, jeszcze tego nie rozumieją...

Ale czują.

A pan tęskni do młodości?

Nie tęsknię. Tylko uważam, że tamte lata były i są ważne. Zwłaszcza w momentach, kiedy się człowiek lekko zagubi we własnym życiu, we własnej karierze czy we własnych mężach i żonach. Warto wtedy wrócić i przypomnieć sobie te pierwsze słowa honoru, pierwsze obietnice, które się sobie składało.

A pan się czasami gubił? Popularność temu sprzyja.

Wydaje mi się, że akurat na to nigdy nie byłem uczulony. Kiedy startowałem w tym zawodzie i zaczynałem robić karierę, jak mi się wydawało, to trzynaście, czternaście filmów z moim udziałem trafiło na półki. Te „półkowniki” przez sześć lat nie były w obiegu. Więc trudno mi się było wtedy dzielić popularnością z widzami. To z kolei nauczyło mnie pewnego dystansu. Potem już wszystko mniej bolało.

Wracając jeszcze do pana ostatniego filmu. Mam wrażenie, że obsadzenie w nim Joanny Brodzik było dość ryzykowne. Pan się nie bał, że to jest tak bardzo serialowa i tabloidowa aktorka, iż może zaszkodzić filmowi?


Przykro mi to powiedzieć, ale ja nie oglądam seriali. Szczerze mówiąc, wiedziałem, że Joanna Brodzik gra Magdę M. Ale to dla mnie nie była przeszkoda. Starałem się zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby u mnie była bardziej prawdziwa i grała troszkę inaczej niż w serialu.

Po której stronie kamery czuje się pan lepiej? Bo ja lubię Bogusława Lindę jako aktora, a mniej jako reżysera.

Reżyseria to coś fantastycznego. Bo ma się do zaproponowania jakiś świat, który albo ktoś akceptuje, albo nie. Aktorstwo jest prostsze. Lubię więc reżyserować, ponieważ lubię tworzyć nowy świat i opowiadać innym o pewnej wrażliwości.

Brakuje panu troszkę grania?

Nie za bardzo. W tej chwili kończę film z Michaelem Yorkiem. Obaj gramy w nim główne role.

A co to za film?

Rosyjski, na podstawie powieści, której my tutaj nie znamy. Ale tam ta powieść to hit.

Cóż to za czasy. Michał Żebrowski zagrał niedawno w rosyjskim filmie. Teraz pan. To u nas już się filmów nie kręci?

Jesteśmy na festiwalu filmów w Gdyni, więc widzi pani, co się robi.

Kiedy rozmawiałam z panem przed paroma laty po „Sezonie na leszcza”, zapytałam wtedy, czy jest coś, co panu spędza sen z powiek. I usłyszałam, że to jest strach przed tym, czy będzie pan w stanie utrzymać finansowo rodzinę. Czy dlatego pan teraz przyjmuje propozycje grania w serialach nie zawsze najwyższych lotów?

Ten strach jest aktualny. Ale ja nie wiem, co znaczą najwyższe loty w serialach. Seriale są serialami. I jeśli mogę w czymś wybierać, to wybieram to, co mi gwarantuje jakiś poziom odbicia się od gleby. Wybieram też to, co robi ktoś, komu ufam, kto ma poczucie humoru, które mnie interesuje. Czy to się podoba widzom czy nie? Nie wiem, chociaż chyba się podoba. Bo ma największą oglądalność.

Mówimy o męskiej gosposi. Pan się jako męska gosposia dobrze czuje?

Wie pani, ja się nie utożsamiam z granymi przeze mnie postaciami. Ani z Franzem Mauerem czy męską gosposią, ani z paroma innymi kabotynami, ponieważ wykonuję pewien zawód i staram się to robić dobrze.

Czy pan jeszcze po tylu latach jest sobie w stanie odpowiedzieć, co jest takiego fascynującego w aktorstwie?

Dla mnie nigdy nie było fascynujące to, co gram, ale to, gdzie gram i z kim. Kogo spotkam na planie, jaka nowa przygoda spotka mnie w życiu. Ceniłem też sobie w tym zawodzie to, że daje mi pewną wolność, niezależność i pozwala na hazard, czyli na poczucie ryzyka, że każda rola może być tą pierwszą i ostatnią. I potem się już można nie podnieść.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.