Facebook Google+ Twitter

Nie do wiary, a jednak...

Zachorowała mu niezawodna, cicha i pokorna żona. Po trzech tygodniach odwiedzin, deliberacji, obserwacji i tłumaczenia kobiecie żeby się wzięła w garść i do domu wróciła, doszedł do wniosku że ktoś jego Zosię urzekł. Ale od początku:

W pracy nie było żadnego gadania, bo w fabryczce był hałas i ochraniacze na uszy. Wygadać się mógł dopiero w domu, gdzie słuchaczami były dzieci, a przede wszystkim Zosia, do której zwracał się niezmiennie „żono moja”.

Dzień po dniu, rok po roku dunderował nad nimi wychowawczo głosem, który w momentach większej ekscytacji przechodził w porykiwanie, słyszalne aż do piwnic. Kochał na swój sposób tę swoja żonę, dumny z jej urody, czystości i gustownego ubioru uważał że, zwyczajem wyniesionym z zapadłej wiochy, należy codziennie przypominać babie, gdzie jej miejsce. Żeby się nie rozbestwiła w dobrobycie, wiedziała kto rządzi, gdzie głowa domu, a gdzie cała reszta.

Wracając z pracy wstępował do osiedlowego sklepu po codzienny sprawunek. W domu – zmieniał ubranie na rozwleczoną podkoszulkę, zasiadał w swoim pokoju na tapczanie, stawiał zakup przy nodze i czekał aż żona podsunie stolik z obiadem. Zosia krzątała się bez słowa w oczekiwaniu na „życie rodzinne”, czyli codzienny wykład na temat dobrego wychowania, zachowania, miejsca kobiety w życiu oraz domu.
- Nie pyskuj, bo ja teraz mówię – słyszała, kiedy udało się wpaść w słowo i wyartykułować coś innego niż „tak, tak, tak…”

Lepiej więc było zacisnąć zęby. Ślubny wychowawca, rozgrzany napitkiem, jadłem i własną elokwencją, zapadał wreszcie w poobiednią drzemkę i do domu powracała cisza, podkreślana jego pochrapywaniem.

Zosia pracowała, wychowywała dzieci, prowadziła dom, załatwiała wszystkie sprawy. Zwyczajnie, jak każda
polska, uniwersalna baba. Tylko to napędzane procentami mężowskie gadanie coraz bardziej stawało kością w gardle. No bo ileż można? Dzieci dorosły, poszły na swoje i nadszedł czas, kiedy stare małżeństwa przechodzą na ogół w stadium spokojnego życia.

Niestety - wieloletni stres, dławiony żal i złość, milczenie za wszelką cenę w obronie minimum spokoju, a pewnie i dziedzictwo po obojgu rodzicach, wydały złowieszczy owoc i Zosia zaczęła słabować. Najpierw pobolewał żołądek. Po kilku tygodniach leczenia było niestety gorzej i stało się jasne, że trzeba iść do szpitala na obserwację. Poszła więc. Ale pewnie miała Zosia specjalnego pecha, bo trafiła na przedstawicielkę
populacji nieszczęsnych idiotek, które kończą medycynę nie wiadomo jakim cudem, a która zaczęła na niej ćwiczenia z interny: rozpoznawała kolejno a to wrzód żołądka, a to zapalenie nerek, a to niewydolność wątroby z zapaleniem trzustki na koniec.

Zosia słabła z dnia na dzień. Z nadzieją, że „jak posmarujesz, to pojedziesz”, wtykała po secinie do przepastnej kieszeni i jako pacjentka wypłacalna dostała izolatkę, kroplówki, coraz silniejsze leki przeciwbólowe i ścisłą dietę. Bez skutku. Mąż, po trzech tygodniach odwiedzin, deliberacji, obserwacji i tłumaczenia kobiecie żeby się wzięła w garść i do domu wróciła, doszedł do wniosku że ktoś jego Zosię urzekł. Wszystko za tym przemawiało, więc postanowił wreszcie zadziałać tak, jak go babka w młodości nauczyła. A nauczyła dobrze, bo nikt we wsi tak odczyniać uroków nie umiał jak ona.

Powędrował więc któregoś wieczoru do szpitala, aby przed północą zdążyć. Zosia, dla świętego spokoju przyjęła wizytę i zabiegi męża ze spokojną determinacją człowieka który wie, że honoru męża poniewierać nie wolno, dobre chęci docenić należy, a idioty lepiej nie drażnić. On zaś, przelewając uroczyście jajko nad głową chorej, najpierw odmówił pacierze na odpędzenie „złego”, po czym ściągnął kalesony i przy akompaniamencie zaklęć, spluwając na cztery strony świata, nacierał rytualnie wychudzone ciało Zosi, a w szczególności chory brzuch. - Żono moja – oznajmił na koniec uroczyście ubierając lecznicze gacie – zrobiłem, co mogłem żeby cię ratować. Jutro powinnaś wrócić do domu.

Jutro jednak stan chorej był taki, że wezwano wreszcie chirurga na konsultację i nastąpiła błyskawiczna akcja. Zosia z objawami ostrej niedrożności wylądowała na stole operacyjnym gdzie usunięto większość jelita grubego z zaawansowanym guzem. Rokowanie było beznadziejne, a wybudzanie z narkozy trwało osiem godzin. Po dwóch latach ciężkiej walki Zosia odeszła i pełen żalu wdowiec zwierzał się wolontariuszce, towarzyszącej Zosi w chorobie: ja swoje sposoby mam i robiłem, co mogłem, ale ona uwierzyła w doktorów.

Opuszczony przez swoją Zosię, jak zwykle po pracy robi zakupy, nauczył się obsługiwać pralkę, odkurzacz i żelazko, sam gotuje obiady niezmiennie wzmacniane procentowo, dla żony - przywozi z działki świeże kwiaty i przysiadając na ławeczce przy grobie, coś jej po cichu opowiada.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

nol - ale ja o szybowcach nie umiem :)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 01.06.2008 20:25

Dajcie spokój z tymi chorobami.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Prawdziwie i pięknie napisane. Niestety tak nie potrafię.

Komentarz został ukrytyrozwiń

To niebywałe jest, w rzeczy samej. Możnaby nakręcić interesujący film niszowy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Agnieszko - KALESONAMI, nazwa potoczna GACIE .

Komentarz został ukrytyrozwiń

+
"honoru męża poniewierać nie wolno, dobre chęci docenić należy, a idioty lepiej nie drażnić."

To zdanie powinno być drogowskazem wszytkich mężatek, choć i panie stanu innego korzyśc niejaką odnieść mogą...
Jadwigo, czy on ją nacierał KALESONAMI?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Cięzka wiocha, biedna Zosia,przeklety patriarchat, co chłopu ciemnemu we łbie siedział. Oboje biedni. Pieknie napisane opowiadanie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ ..przykre i jakie prawdziwe.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.