Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

13063 miejsce

Nie lubię nazywać siebie artystą - rozmowa z Patrykiem Matelą

Podczas kolejnych już w tym roku warsztatów wokalnych Gębofon udało nam się porozmawiać z Patrykiem(TikTakiem)Matelą, polskim beatboxerem, który, mimo młodego wieku, na swoim koncie ma już wiele sukcesów.

Patryk Matela prowadzi Gębofon. / Fot. Magda GrabowskaPatryk "TikTak" Matela to autor pierwszego i największego w Polsce serwisu na temat sztuki human beatbox. Pracował w portalu Hip-Hop.pl, jako dziennikarz przeprowadzający wywiady z hiphopowymi gwiazdami. Od 2004 roku współorganizuje mistrzostwa beatboxowe – WBW Polish Beatbox Battle. Prowadzi warsztaty beatboxu, czasami sędziuje w zawodach, organizuje imprezy beatboxowe, m.in. w warszawskiej „Piwnicy pod Harendą”. Brał udział w projektach teatralnych "12 Ławek" Jarosława Stańka oraz białostockim "Morosophus". Regularnie grywa z Bauaganem Mistrzów, m.in. w klubie Pruderia i na festiwalu WUJek. Współpracował z wytwórnią Wielkie Joł oraz wieloma artystami polskiej sceny muzycznej. Grał z Philem Mintonem i Sainkho Namtchylak podczas festiwalu Turning Sounds 4. TikTak występował także w niemieckiej Kolonii i szkockim Edynburgu. Porusza się w wielu gatunkach muzycznych, od hip-hopu, dnb i jamajszczyzny do jazzu i muzyki współczesnej.

Jeśli nie beatboxerem, to jak można Cię nazwać, muzykiem, artystą, sztukmistrzem, improwizatorem?
- Raczej nie artystą. Nigdy nie lubię nazywać artystą siebie, ani innych. To powinno być zweryfikowane, a nazwanie kogoś artystą albo mistrzem już coś sugeruje. Beatboxer, muzyk to dobre określenia.

Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie beatboxingiem?
- Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że z szeroko pojętych mediów. Oczywiście w dzieciństwie obejrzałem "Akademię Policyjną", gdzie występował fenomenalny Michael Winslow. Zawsze mnie to kręciło, nawet kiedy jeszcze nie wiedziałem, jak to się nazywa. Później w liceum w internecie znalazłem parę numerów beatboxowych, wtedy akurat wyszła płyta Razhela "make the music 2000". To był dla mnie przełomowy moment. Wtedy zainteresowałem się beatboxem szerzej. Szukałem informacji w internecie, sam założyłem stronę o tej tematyce zegartiktaka.pl.

A kiedy zająłeś się beatboxingiem profesjonalnie?
- Przyznam, że dość późno w porównaniu do innych beatboxerów. Miałem 18, może 19 lat. A dziś spotykam już piętnastoletnich beatboxerów, którzy w wieku 18 lat są już bardzo dobrzy.

Zazwyczaj beatboxujesz sam, czy w grupie? Co wolisz?
- Dużo bardziej wolę w grupie, dlatego, że bardzo lubię interakcje z ludźmi. Im więcej ciekawych dźwięków, tym - ciekawszy daje to efekt. Takie chóralne sprawy też są ciekawe. Wytwarza się wtedy niesamowita energia, kiedy nakładają się na siebie różne dźwięki.

Czy w beatboxingu używacie jedynie wymienionych w nazwie warsztatów gębofonów, czy posiłkujecie się innymi instrumentami? Bębny, tuby, czy można używać jakichkolwiek instrumentów poza ustami, czy jest to niezgodne z zasadami tej sztuki?
- Nie ma żadnych konkretnych, spisanych zasad w tej materii. Możliwe jest łączenie głosu z instrumentami. Wtedy oczywiście nie nazwiemy już tego beatboxem, ale jak najbardziej beatbox z instrumentami działa. Często w różnych projektach słychać takie połączenia.

Ile czasu dziennie pochłania Ci beatbox?
- Teraz niestety nie mam już takiego trybu. W każdym razie kiedyś ćwiczyłem sporo. To znaczy siadałem, robiłem sobie sesję z nagłośnieniem, metronomem, i tak dalej. Teraz nie mam już czasu, pracuję, więc beatboxować mogę jedynie w wolnych chwilach. Czekając na autobus, myjąc zęby, goląc pachy [śmiech].

Na warsztatach mówiłeś o oddychaniu przeponowym, anatomii jamy ustnej, to wszystko brzmiało bardzo fachowo. Trenujesz emisję głosu? Wykonujesz jakieś ćwiczenia swojego gębofonu w tej materii?
- Przez pół roku chodziłem na emisję głosu. Zajęcia prowadziła pani w chórze gospel. Poza tym to taka raczej sportowa rozgrzewka.

Czyli nie stoisz codziennie 15 minut przed lustrem, nie gimnastykujesz języka?
- Bardzo bym chciał, ale niestety musiał bym wstawać pół godziny wcześniej, a z uwagi na pracę, nie mam do tego motywacji.

Są jakieś przeciwwskazania przed występem? Nie możesz jeść lub pić pewnych rzeczy z uwagi na dbanie o głos?
Tak,tak, ciąża i pylica są niewskazane. No i absolutnie nie wolno jeść ryb [śmiech]. Jasne, że dbam o głos, ale nie ma tu jakichś specjalnych przeciwwskazań. Nie beatboxuję na zimnie i staram się nie przemęczać. Po dużym wysiłku milczę. Piję też dużo wody.

Zawsze wykonujesz swoje kompozycje, czy także utwory innych osób?
Jest w beatboxie taki trend jak coverowanie, ale ja akurat tego nie lubię. Staram się robić swoje rzeczy. Ale oczywiście nie da się uniknąć pewnych rytmów, które skądś się czerpie. Zawsze siedzi w głowie coś, co gdzieś się zasłyszało.

Traktujesz beatbox wyłącznie hobbystycznie, czy może da się na tym coś zarobić?
- Czy da się z tego utrzymać? Da się. Pod warunkiem, że mieszkasz u rodziców i nie jesz za dużo. To dokładnie tak, jak z graniem muzyki. Możesz robić to na poważnie i grasz cztery koncerty w tygodniu, mieć managera, który to ogarnia. Ale ja traktuję to dorywczo, hobbystycznie.

Czym w takim razie zajmujesz się na co dzień? Czy zajmujesz się muzyką profesjonalnie?
- Nie, jestem grafikiem komputerowym.

A jak oceniasz polski beatbox? Na jakim jest etapie na przykład w stosunku do Stanów Zjednoczonych?
- Polski beatbox jest na całkiem niezłym poziomie. Na razie dobijamy do Wielkiej Brytanii. Francja jest trochę z przodu, bo oni mają specyficzną emigrancką kulturę. W swojej kulturze muzycznej mają dużo naleciałości z Afryki. Co za tym idzie, dzieją się tam dużo ciekawsze motywy beatboxowe.

A popularność beatboxu w Polsce jest mniejsza niż w innych krajach?
- Zależy w jakich krajach. Jest mała, ale rośnie. Rozmawiając z przypadkową osobą pytam: "Wiesz co to jest beatbox?", jeszcze pięć lat temu na 90 procent otrzymałbym odpowiedź "Nie", a teraz sytuacja się zmienia. Ktoś kojarzy to z konkretnym wykonawcą, swoimi znajomymi, albo chociażby z reklamami. Coraz częściej zauważam, że ludzie stykają się w jakiś sposób z beatboxem.

Pomówmy o Gębofonie. Jak oceniasz poziom uczestników Gębofonu?
- Normalne jest, że nikt, kto zetknął się z beatboxem na pół godziny, nie nauczy się wiele, ale ważne, co z tym zrobi później. Poza tym było tu parę osób, które już trenują beatbox od jakiegoś czasu, co na pewno podniosło poziom.

Jak duża jest Twoim zdaniem szansa na to, że po Gębofonie ci ludzie odkryją w sobie miłość do beatboxu i będą trenować?
- Nie można tego wykluczyć. Czasami tak się zdarza, że po takich warsztatach łapiesz bakcyla na długie lata.
Mam nadzieję, że tak będzie w niektórych przypadkach.

Poza tym, że uczysz na Gębofonie i prowadzisz stronę internetową, nauczasz gdzieś ludzi beatboxingu?
- W sumie często biorę udział w wielu warsztatach. Ale nie mam jeszcze takiej stałej grupy, którą chciałbym mieć, żeby ćwiczyć z ludźmi jakieś nowe beatboxowe patenty, gdzieś w Warszawie umawiać się raz w tygodniu i ćwiczyć tak przez parę lat. Do tego dążę. Póki co, jeżdżę po całej Polsce i trzeba wypatrywać mnie gdzieś na szlaku [śmiech].

Jak myślisz, gdzie jest największe zainteresowanie beatboxingiem w Polsce. Jest tak, że najwięcej zainteresowanych jest w Warszawie, innych dużych miastach, a im dalej od takich ośrodków, tym ciszej o beatboxie?
- Wydaje mi się, że nie ma reguły. Warszawa jest o tyle dziwnym miastem, że jest tu taki syndrom zmęczenia materiału. Tu wszystko już było. Ostatnio byłem na warsztatach w Sejnach. Miejscowość jest oddalona 30 kilometrów od Suwałk, liczy około 6000 mieszkańców. Prowadziłem warsztaty przez trzy dni. Ludzie byli tak aktywni i otwarci, że po kilku dniach miałem do czynienia z na prawdę ogarniętymi beatboxerami, lepszymi niż w Warszawie. Może dlatego tak się dzieje, że w mniejszych miejscowościach mniej się dzieje, a jeśli raz na jakiś czas coś się zdarzy, to ludzie wchodzą w to sercem i duszą. Podczas przerw, przed i po warsztatach zbierali się i ćwiczyli. Bardzo mi się tam podobało.

Wróćmy do Ciebie. Przyznaj się, są jakieś dźwięki, których nie potrafisz naśladować? Co jest najtrudniejsze do naśladowania?
- Pewnie, że nie potrafię. Wielu nie potrafię naśladować. Chciałbym umieć odtworzyć wszystkie, ale mam na przykład problem ze skrzypcami i saksofonem.

Da się wydawać dźwięk skrzypiec ustami?!
- Jasne. To się robi na wdechu, wiem jak to się robi technicznie, ale niestety nie umiem tego zrobić.

Najzabawniejsza, najbardziej surrealistyczna sytuacja, jaka spotkała Cię na scenie?
- Hmm... Wiem. Podczas projektu "12 ławek" w Operze Leśnej w Sopocie chodziłem z mikrofonem bezprzewodowym wśród pierwszego rzędu widowni. Miał być taki efekt, że podchodzę do kogoś z publiczności i beatboxuję mu prosto do uszu. Wszystko było filmowane na żywo, a ja niechcący wylałem na jedną z kobiet na widowni pół butelki wody, przy okazji oblewając sobie całą nogawkę spodni. Po prostu trzymałem tę butelkę pod pachą i nie wiedziałem, że była niedokładnie zakręcona. Sytuację filmowało dwanaście kamer.

Twój największy sukces związany z beatboxingiem?
- Występy na festiwalu Turning Sound, uczestnictwo w Gębofonie, organizowanie mistrzostw Polski.

Marzy Ci się wydanie płyty?
- Pewnie, że tak. Mam już w głowie pięć czy sześć pomysłów na płyty. Póki co nie mam jednak czasu.

Gdzie w Polsce można spotkać Ciebie i innych beatboxerów?
- Tak, jak tu, na różnych warsztatach, takich jak Gębofon, festiwalach.

Nie oszukujmy się, mało słychać o polskich beatboxerach. Czemu tak się dzieje?
- Moim zdaniem to wina mediów. Lepiej słychać o koncercie Dody niż beatboxowym, bo ona przemawia do większej ilości ludzi. Beatbox zawsze był w jakimś stopniu niszowy i pewnie będzie. Zawsze jednak można to łączyć z instrumentami, pokazami wokalnymi, to na pewno poszerza zakres oddziaływania beatboxu.

Dziękuję za rozmowę.
- Dzięki.

Patryk(TikTak)Matela dla Wiadomości24


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.