Facebook Google+ Twitter

"Nie mogę darować, że historycy tak mało mówią o grudniu 1970". Wspomnienia gdańszczanki

Z roku na rok wydarzenia Grudnia 1970 bledną. Jednak w pamięci ludzi, którzy przeżyli ten trudny czas, nadal żywe są wspomnienia. Swoją relację postanowiła zdać pani Alina, która była naocznym świadkiem tragicznych wydarzeń.

 / Fot. Edmund Pelpliński/Domena Publiczna- Nie mogę przeboleć tego, że w telewizji, w radiu czy w internecie pamięta się wyłącznie o walkach robotników, a o innych wydarzeniach grudnia 1970 nie mówi lub nie pamięta się wcale – mówi pani Alina, siedemdziesięcioletnia gdańszczanka.

- Dla mnie było to najgorsze przeżycie z całego okresu w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Pracowałam wówczas w szkole w dzielnicy Orunia. Nie miałam pojęcia, co się dzieje w śródmieściu, zresztą nikt z nas nie wiedział. Pamiętam, jakby to było wczoraj. To był ostatni dzień spłacania składek z harcerstwa. Około godziny 15 wyszłam z pracy i zamówiłam sobie taksówkę. Kazałam się zawieść do Komendy Hufca. Taksówkarz wyraźnie zdziwiony, przyglądał mi się i zapytał: - Gdzie? -Nie wie pan gdzie to jest? – odpowiedziałam. On odrzekł, że wie, no i ostatecznie mnie zawiózł. Weszłam do Komendy, a tam wszyscy się na mnie dziwnie popatrzyli. Zapytałam się o co chodzi. Wtedy jedna z koleżanek się odezwała: - Czyś ty zwariowała? Nie wiesz co się dzieje na ulicach? Pokrótce wyjaśniła mi, że stoczniowcy i portowcy wyszli na ulicę – podeszli pod Komitet Wojewódzki (dzisiaj jest to siedziba prokuratury).

- Nawet nie spostrzegłam kiedy zrobiło się ciemno i musiałam wracać do domu. Razem ze mną udała się jedna z koleżanek. Poszłyśmy na przystanek autobusu linii 115. Gdy dochodziłyśmy, ujrzałyśmy biegnących ludzi. Nie widziałyśmy, co się dzieje. Tuż za nimi miałam wrażenie, że idzie Gestapo - z bronią, ubrani w szare mundury, oficerki, hełmy - szli szpalerem. Stanęłyśmy. Nagle jeden z uciekających nas popchnął, a my pobiegłyśmy do miejsca w którym niegdyś znajdowało się studio Foto Słońce. Jak już sytuacja się uspokoiła, wróciłyśmy do Komendy Hufca, bo nie wiedziałyśmy co mamy robić. W kawiarni Komendy znajdowało się mnóstwo ludzi - dyskutowano głównie o tym co się dzieje na ulicach lub przy Komitecie Wojewódzkim. Komendant zapewnił nam nocleg. Ale ja się zdenerwowałam i powiedziałam, że idę do domu. Zapowiedzieli, że jak wyjdziemy to więcej nas nie wpuszczą. Mimo to poszłyśmy.

- Doszłyśmy do Urzędu Miasta, gdzie ujrzałyśmy kolejny tłum cywilów. Pośrodku ulicy stały wozy strażackie, milicyjne i wojskowe. Poszłyśmy dalej. Nagle z komendy wyleciał facet ubrany w białą koszulę wyciągniętą ze spodni i krzyczał: "Ludzie! Tam naszych biją! Komitet płonie!" Zgromadzony tłum zaczął się burzyć: "A my to nie nasi?" I wtedy ujrzałam dym unoszący się nad Komitetem. Szłyśmy dalej. Będąc na wysokości szpitala, spotkałyśmy podobny do wcześniejszego patrol milicjantów. Widząc nas odezwał się jeden z nich: - A dokąd?! - Do domu. -A gdzie? -Na Siedlce. - A gdzie są te Siedlce? - Za panem się zaczynają. Wtedy odezwał się kolejny: - Puść. Tutaj faktycznie zaczynają się Siedlce. Przepuścili nas i poszłyśmy dalej. Przy parku akurat stał autobus linii 115. Wsiadłyśmy do niego, a kierowca widząc nas przeżegnał się i zapytał: Co wy tu kobiety robicie o tej porze? Dochodziła w końcu ósma wieczór.

- Zawiózł nas. Mnie wysadził koło dzisiejszego gimnazjum znajdującego się na ulicy Beethovena. Szybko zbiegłam schodami w dół do domu. Koleżankę kierowca podwiózł do Wrzeszcza na PKP, a stamtąd przesiadła się do kolejki, którą pojechała na Przymorze.

- Następnego ranka zaczęły się dyżury nocne w pracy, w szkołach. Miałam wtedy pierwszą wartę. Nagle słyszę szum ciężkich wozów. Nikt nie wiedział co to było – z dachu budynku nic nie było widać. Wtedy kolega, który miał ze mną dyżur stwierdził, że to czołgi. Nie wierzyłam.

- Na drugi dzień kierownik podwoził nas do domu, ponieważ szwankowała komunikacja. Ciekawi, pojechaliśmy zobaczyć, co się dzieje. Zobaczyliśmy, że na ulicach jest pełno szkła, kamieni. Pod stocznią stały czołgi. Wprowadzono godzinę milicyjną, która trwała od godziny 22 do 6 rano – Jeśli kogoś złapali, szedł prosto do więzienia. Nie było nocnych zmian - zakłady miały wtedy zawieszone prace nocne. Dopiero później zaczęto wydawać przepustki. A jeśli nie wylegitymowało się, od razu zabierali do wozu milicyjnego i przywozili do więzienia. Nie działały telefony – nie dało się zadzwonić poza obręb miasta. A jeśli ktoś chciał wyjechać z Gdańska musiał mieć pozwolenie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Pamiętam te wydarzenia, choć nie byłem w ich centrum. Po szkole, gdy poszedłem do sklepu ludzie kupowali więcej niż zwykle, mówili coś o wojnie. Ksiądz skrócił nam lekcję religii, a kolejne grupy miały odwołane. Kazano nam iść do domu i nigdzie się nie szwendać. Wydaje mi się, że już pierwszego dnia rozruchów wprowadzono godzinę milicyjną, i wcześniej niż wspomina autorka. Pamiętam, że zabroniono nam wychodzić z domu i wieczorem musieliśmy z kolegami krzyczeć do siebie przez okna aby pogadać.
Następnego dnia w szkole opowiadaliśmy między sobą zasłyszane historie, o tym, że komitet wojewódzki płonął, że jakiegoś milicjanta tłum po prostu rozerwał na kawałki. Ci co mieszkali przy przelotówce widzieli jak z kierunku Gdyni do Gdańska jechała kolumna czołgów.
Tamte wydarzenia przypominane są przez gazety przy okazji rocznic, albo kolejnych nieudanych procesów. I każda relacja naocznego świadka jest cenna.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Przejmujący i potrzebny tekst. Ważniejszy niż dęte uroczystości "ku czci".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zgadzam się.Sam brałem udział w tym strajku wStoczni Gdznskiej im,,,,,,,,,...........

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.