
Najważniejszy jest dobry plan. Plan to podstawa i gwarancja sukcesu. Bez planu mogłabym sobie nie dać rady. Los nie jest dla nas łaskawy w tym roku. Poniedziałek, to nie najlepszy dzień na Wigilię. Niedziela jest od tego, żeby odpoczywać i nie mam zamiaru staczać wtedy walki z rybą, gotować bigosu i kleić uszek do barszczu. Ale mam już plan. Wszystko da się zrobić w poniedziałek.
Kruche ciasteczka, które trzeba upiec wcześniej, od czwartku czekają szczelnie ukryte w szafkach. Zostaną wykorzystane do przyozdobienia pachnącej choinki. Bo nawiasem mówiąc, moje drzewko choinkowe należy do tych jadalnych: rzeczone kruche ciasteczka, cukierki, suszone cytryny i pomarańcze, malowane orzechy włoskie. Jedynym mankamentem jest to, że większość ozdób znika z choinki w niewyjaśnionych okolicznościach. Cóż, kwestia przyzwyczajenia i odpowiednich zapasów...
Organizujemy
Plan jest taki: w sobotę zmielę ser, w niedzielę zamoczę grzyby (przydadzą się do kapusty i do farszu). W poniedziałek wstanę wcześnie rano. Rybki zostawię sobie na koniec - muszą byc ciepłe i pachnące. Barszczyk czerwony robi się szybko, wiec nie będzie problemu. Sałatki to kwestia dobrej organizacji. Dam radę. Najtrudniej będzie z ciastami. Na szczęście obowiązki w tej kwestii zostały rozdzielone. Cześć zrobi moja siostra. Mnie przypadł tylko sernik. No właśnie tylko sernik albo aż sernik...
Zmoro Ty moja
Sernikowi stawia się u nas szczególne wymagania. To ciasto jest podstawą, króluje na Wigilii. Właściwie przesadzę tylko trochę, stwierdzając, że bez niego Wigilia jest nieważna! Dla mnie to raczej nie jest zbyt dobra wiadomość. Podwójny stres. Jest taka piosenka o maturze: "nie śpi po nocach, strasznie się boi", ale do mojej obecnej sytuacji pasuje jak ulał. Do prostych ciast sernik nie należy, ale jakoś muszę sobie poradzić. Czas wziąć się w garść!
Składniki na ciasto:
1 i 3/4 szklanki mąki, 10 dkg cukru-pudru, 20 dkg masła na masę, 1 kg niekwaśnego, skręconego sera, 5 dkg skórki pomarańczowej, 5 dkg orzechów laskowych, 5 dkg orzechów włoskich, 5 dkg migdałów, 10 jajek, 40 dkg cukru-pudru, 10 dkg masła cukier waniliowy
Grunt to nie wpadać w panikę
Jednego już zdążyłam się nauczyć. Każdy przepis wyjdzie, jeśli będę trzymać się podstawowych zasad. Zasada pierwsza: kruche ciasto nie lubi ciepła. Co to znaczy w praktyce? Przesiewam mąkę, dodaję cukier-puder i masło. Ale właśnie masło musi dać schłodzone w lodówce (tylko nie twarde jak kamień!). Mały patent: masło warto pokroić na mniejsze kawałki, aby łatwiej się łączyło z innymi składnikami. Nie zagniatam rękami. Ręce są ciepłe i pod ich wpływem masło zaczęłoby się topić. Na początku siekam wszystkie składniki nożem, aby w ten sposób się połączyły. Potem szybko zagniatam, zawijam w folię i wkładam na godzinę do lodówki. Po wyjęciu wałkuję, przekładam do formy, nakłuwam w kilku miejscach i podpiekam ok. 20 minut (aż się zrumieni) w 180 stopniach.
Jest jedna rzecz, która spędza mi sen z powiek nawet, jeśli mam perfekcyjnie dopracowany plan - mężczyzna! Jedynym zadaniem męża, chłopaka, narzeczonego (nazewnictwo czy status w tej sytuacji nie mają znaczenia) jest nie przeszkadzać. Niestety nawet z tego się nie wywiązują. Tu próbuje dwóch łyżek bigosu, tam jednego uszka, jeszcze gdzie indziej odrobinę kremu. A mnie aż skręca ze złości. Ale i na to jest patent. Wystarczy poprosić, aby ukochany pokroił orzechy i migdały do ciasta. Nie warto wspominać o malakserze czy nawet tarce kuchennej, za to dostarczyć nóż i deskę do krojenia. Spokój gwarantowany, a i nasz mężczyzna czuje się potrzebny.
Pierzynka
Zasada druga: sernik niestety lubi upadać. Masło ucieram na pulchną masę. Dodaję zmielony ser, cukier i cukier waniliowy, ciągle ucierając. Wbijam stopniowo po jednym żółtku. Ubijam białka na pianę i wykładam do masy serowej. Dodaję skórkę pomarańczową, orzechy i migdały (wspaniale pokrojone przez mojego mężczyznę). Można oczywiście dodać też rodzynki, ale w mojej rodzinie nie stanowią szczególnego przysmaku, dlatego ich nie wykorzystuję. Wymieszaną masę serową wykładam na podpieczony spód i wkładam do piekarnika, nastawionego na 170 stopni. Piekę ok. 50 minut. Zasada druga uzupełniona: nie chcesz, żeby upadł? Nie strasz go!
Nie trzaskaj drzwiczkami od piekarnika, a kiedy już go wyjmiesz nie ruszaj, dopóki nie ostygnie. Te stare dobre rady mojej babci zawsze się sprawdzają. Oczywiście masa trochę opadnie, ale jeśli zastosujesz się do tych zasad nie będzie to upadek drastyczny. Wykończenie sernika zależy od inwencji twórczej. Ja najczęściej jestem już tak wyczerpana, że ograniczam się do posypania cukrem pudrem. I tak najważniejszy jest smak. Kiedy w poniedziałek zabłyśnie pierwsza gwiazda, w mojej kuchni będzie jeszcze roznosił się zapach świeżo upieczonego sernika. Życzę smacznego!