Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

181541 miejsce

Nie wystarczą same chęci, by wykształciuch mebel skręcił

Łapy spracowane jak po całodziennej siekierezadzie, zakwasy, pot występujący na czoło. I nerwy co chwila puszczają. Myślicie, że przedzierzgnąłem się w drwala albo zasuwam w tartaku? Nie. Kupiłem szafę i już od poniedziałku z nią walczę.

Jak za socjalizmu

Już w poniedziałek szanowni Czytelnicy mieli okazję dowiedzieć się, że będę skręcać garderobę do przedpokoju. Pisząc tamten tekst byłem pełen dobrej myśli i zapału, tym bardziej, że w ten sam dzień zakupiłem nowiuteńką wiertarko-wkrętarkę z kompletem wymiennych końcówek, z wiertłami do metalu i do drewna, wyposażoną w dwa wymienne akumulatory i ładowarkę. Godzinę po wysłaniu tekstu do moderacji wiedziałem, że mój optymizm był niczym nie uzasadniony.

Pierwszy kontakt z instrukcją montażu był jak próba zrozumienia przemówienia premiera. Czyli: niby coś wiem, ale właściwie to nic nie rozumiem. Po dwóch dniach udało mi się złożyć szafkę... w wyobraźni. Tu rada dla wszystkich, którzy w przyszłości podejmą się własnego montażu - zawsze zaczynajcie od głowy, a nie rąk! Przedwczoraj mogłem w końcu przystąpić do dzieła. Wszystko, co trzeba powkręcałem, ułożyłem, domierzyłem i... okazało się, że brakuje dziesięciu części (takich blokujących wkrętów), które są absolutnie niezbędne w całej konstrukcji. Przekonałem się o tym około jedenastej w nocy, więc nie było wyboru, szafka musiała poczekać.

Nie pisałbym może o tym wszystkim, gdyby na marginesie meblomachii* nie ujawniła się pewna gorzka prawda o polskich sklepach meblowych. Otóż sklep, o którym pisałem jak najgorzej w komentarzach do mojego poprzedniego artykułu (usunę je, nie ma po co sprawdzać) okazał się dobrze (nie)wyposażonym kolosem. Najpierw złożyliśmy z żoną zamówienie na jasny orzech, a brunet z obsługi zapewniał, że taki kolor jest dostępny. Na następny dzień dzwonił, że jednak ten kolor nie jest dostępny. Wybrałem inny kolor - olchę, ale pod warunkiem udzielenia rabatu. Chcieli dać 2 proc., ja chciałem 5 proc., więc domagałem się 15 proc., na co usłyszałem od kierowniczki sklepu: "Nie jesteśmy instytucją charytatywną". Naprawdę? Nie domyśliłbym się! Później trzeba było odstać swoje w kolejce do punktu obsługi klienta, bo panie liczyły kasę, jak na poczcie. Transport moją sieną był wykluczony, bo długa paka nie mieściła się do bagażnika. Za to jeden cymbał z obsługi przyznał, że obserwował (zapewne przez kamerkę) moje wysiłki. Taki mały reality show w godzinach pracy. W domu rozpakowałem towar. Co się okazało? Że dostałem jasny orzech. Ja piórkuję! Zastanawiam się, czy my naprawdę żyjemy w kraju, w którym jest rynek oparty na konkurencji? Czułem się przez te ostatnie dni tak, jakbym uczestniczył w jakimś marksistowskim projekcie wdrażania peerelowskich standardów w realiach III/IV RP.

Status: zwrócony. Zapomniałem o kocie!


Ostatnie zdanie miało być zakończeniem tekstu, ale gdzie tam! Wystarczy zerknąć na datę. Jeden z redaktorów nawet się specjalnie odświeżał, żeby sprawdzić, czy nic więcej nie napisałem. W uwagach wyraźnie wyczuwalny był żal, że tak gwałtownie ucinam tak zabawną pisaninę. Więcej, więcej! - zdają się domagać na Lewartowskiego 6 od zdumionego autora, który teoretycznie powinien trzymać się zasady KISS (keep it simple, stupid) w redagowaniu tekstów do internetu. No to teraz pozostanie już tylko to drugie.

Rozbawiony redaktor, ps. przemot (nazwisko niech pozostanie tajemnicą), niewątpliwie domyślił się, że zataiłem pewne sprawy związane z montażem szafki. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy zamachnąłem się papciem na kota, widząc "zwrócony" status mojego tekstu. Oczywiście, kot! Ten z jednej stony skrajny konserwatysta, nienawidzący zmian, a z drugiej liberał ciekawy wszelkich nowości wyjątkowo przeżył całą aferę szafkową. Gdy trzech chłopa wtargało wielkie paki do mieszkania, schował się na wszelki wypadek w najciemniejszy kąt za pralką i siedział tam dwie godziny.** Potem wskoczył na starą szafę w dużym pokoju, ale akurat poleciał w tamtą stonę jeden z opróżnionych kartonów, co tak go przeraziło, że biedak spadł i zaklinował się między bokiem szafy a ścianą. Usłyszałem tylko zgrzyt pazurów o warstwę farby. Na szczęście liberał zwyciężył i siedzi pewnie teraz na jednej z półek, liżąc rany, jakie odniósł podczas upadku z wysokości.


* Twór językowy podobny "Monachomachii" Krasickiego. Tam chodziło o wojnę dwóch zakonów mnichów, tu o wojnę koncernów meblowych o klienta, w której ofiarą jest zwykle... klient, oczywiście!
** Wyobraźmy sobie, że nas trzyma jakiś giga-kot w swoich czterech ścianach, aż nagle zaczyna znosić paki wielokrotnie od nas większe, wyjmuje z nich jakieś płyty równe rozmiarami dziesięciopiętrowcom, a wszystko przetyka gęstymi wołaczami w formie mianownikowej. Chyba mielibyśmy prawo czuć śmiertelne przerażenie?

Dopisek Redakcji:

Adamie czekamy na ciąg dalszy tej historii.....

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Adam, prześlij nam fotki :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Kot Schroedingera? Dostał pudłem i przeżył? Powodzenia w pracach konstrukcyjnych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

:D co z ta szafa ? stoi już ?:D

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.