Facebook Google+ Twitter

Niebanalnie w Teatrze Dramatycznym - "Rzecz o banalności miłości"

W spektaklu Wawrzyńca Kostrzewskiego "Rzecz o banalności miłości" banalnie nie jest ani przez chwilę. Wręcz przeciwnie: historia „banalnej” miłości pozostawia widza z kompletem pytań wcale niebanalnej natury: o wiarygodność myślicieli, o zgodność słów z czynami, o odpowiedzialność za zło, o przyczyny, dla których wybitna intelektualistka, „nazywająca rzeczy po imieniu”, świadoma upadku etycznego Heideggera nie przestaje go kochać, a filozof, przekonany o swej nieomylności nie zauważa, że staje się łatwym łupem prymitywnej nazistowskiej propagandy.

Halina Skoczyńska jako Hannah Arendt / Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska, Teatr DramatycznyJest rok 1975. W nowojorskim mieszkaniu Hanny Arendt zjawia się młody człowiek, podający się za doktoranta jerozolimskiego uniwersytetu. Dla jego archiwum chce nagrać wywiad z kontrowersyjną w Izraelu autorką książki „Eichmann w Jerozolimie. Raport o banalności zła”. Arendt, choć poważnie chora, wyraża zgodę na rozmowę, bo możliwość przedstawienia swoich poglądów Izraelczykom nadarza się po raz pierwszy, i zapewne ostatni. Przez kilkadziesiąt lat Arendt płaci wysoką cenę ostracyzmu ze strony Izraela za wnikliwość i „nazywanie rzeczy po imieniu”, których to umiejętności nauczyły ją studia filozoficzne. Rozmowa z Michaelem niespodziewanie podąża jednak w innym kierunku i uruchamia wspomnienia. Prowadzą prosto do Martina Heideggera – wielkiej, nieprzemijającej miłości Hannah.

„Rzecz o banalności miłości” nie jest spektaklem-wykładnią poglądów politycznych Hannah Arendt, choć autorka sztuki, Savyon Liebrecht, pozwala jej wyjaśnić widzom na czym polega m. in. tragiczne nieporozumienie interpretacyjne określenia „banalność zła” (to nie zło jest banalne – tłumaczy Arendt; banalne jest to, że dochodzi do niego najczęściej w konsekwencji splotu okoliczności historyczno-politycznych i działań ludzi „zaczadzonych” ideologią lub poddanych indoktrynacji).

Nie jest też spektaklem-zapisem myśli filozoficznej Arendt i Martina Heideggera, choć i w tym przypadku bohaterowie mają szansę na krótkie do nich odniesienia, a konfrontacja zwłaszcza idei Heideggera zawartych w jego sztandarowym dziele „Bycie i czas” z późniejszymi wyborami filozofa może budzić spore wątpliwości.

Jest natomiast spektakl w Teatrze Dramatycznym historią miłości, która nie miała prawa się zdarzyć, a jednak się zdarzyła, która nie miała prawa przetrwać, a jednak przetrwała. Wbrew okolicznościom, a może właśnie z powodu jakichś niezbadanych okoliczności.

On - Martin Heidegger (Adam Ferency) - profesor, myśliciel z ugruntowanym dorobkiem naukowym, żonaty, romantyczny wyznawca prymatu kultury germańskiej, potem też antysemita, zwolennik narodowego socjalizmu. Ona – Hannah Arendt (Halina Skoczyńska, Martyna Kowalik) - jego studentka, młodsza o niemal 20 lat, Żydówka... Taka „rzecz o banalności miłości”...

Tyle że w spektaklu Wawrzyńca Kostrzewskiego banalnie nie jest ani przez chwilę. Wręcz przeciwnie: historia „banalnej” miłości pozostawia widza z kompletem pytań wcale niebanalnej natury: o wiarygodność myślicieli, o zgodność słów z czynami, o odpowiedzialność za zło, o przyczyny, dla których wybitna intelektualistka, „nazywająca rzeczy po imieniu”, świadoma upadku etycznego Heideggera nie przestaje go kochać, a filozof, przekonany o swej nieomylności nie zauważa, że staje się łatwym łupem prymitywnej nazistowskiej propagandy.

Jeszcze przed premierą, reżyser podkreślał, że wyzwaniem będzie dla niego wymóg scenariuszowy. "Rzecz o banalności miłości" jest bowiem opowieścią wielopłaszczyznową. Bohaterowie pojawiają się w latach 20. i 30. oraz w 50. i w roku 1975. A że retrospekcja w teatrze nie jest łatwym zabiegiem, Kostrzewski szukał innego rozwiązania. Retrospekcję zastąpił wspomnieniami, które powracają do Hannah, a to o nie tylko pozwala wypełnić scenariuszowe zobowiązania, ale rozszerza możliwości interpretacyjne. Retrospekcja wymuszałaby obiektywizm; wspomnienia przyzwalają na subiektywne spojrzenie, podszyte emocjami, tu także pewną idealizację postaci, która de facto jest przecież antybohaterem.

"Przeszłość nigdy nie umiera, ona nawet nie odchodzi w przeszłość" mówi Hannah Arendt i pozwala ożywać wspomnieniom, dzięki którym widz poznaje Heideggera i obserwuje etapy upadku, którego apogeum przypada na moment, gdy Heidegger (doskonały Adam Ferency) w punktowym świetle „wyszczekuje” brednie o powinnościach germańskich intelektualistów i wielkości rasy, a w tle pobrzmiewa wybijany rytm – zapowiedź katastrofy (to scena, która na długo zapada w pamięć!).

Świetny jest Adam Ferency w roli Heideggera. Ujmujący, choć ironiczno-cyniczny profesor, mentor młodziutkiej studentki przekształca się w butnego ideologa, oddanego „sprawie” i niemieckiemu narodowi, przekonanego o swej nieomylności i słuszności wyboru. Ta „choroba filozofów” („deformation professionele”) – jak mówiła o tym zjawisku Arendt, Heideggera z pewnością dosięgła. Profesor nigdy nie wyraził skruchy, czuł się oszukany, ale nie odpowiedzialny za zło.

 / Fot. .Jak to możliwe, że wybitny intelektualista dał się uwikłać chorej ideologii, nie zauważył oszustwa nazizmu? Czy jego prace naukowe skonfrontowane z czynami nie tracą na znaczeniu, nie stają się wydmuszką – pyta Savyon Liebrecht (świetny dwugłos Adama Ferencego i Martyny Kowalik - młodej Arendt, która cytuje jego pisma na tle przemówienia Heideggera we wspomnianej już scenie). Hannah Arendt nie pyta… Gdy w latach 30. profesor został członkiem NSDAP ona zagrożona z powodu pochodzenia szukała już schronienia poza Niemcami. Doskonale rozumiała konsekwencje wyboru Heideggera; była nimi przerażona, nie rozumiała jego wyborów i nigdy ich nie zaakceptowała. To było oczywiste. Ale nie zmieniło faktu, że uczucie wystawione na próbę czasu i historii przetrwało.

Arendt Haliny Skoczyńskiej to piękno, styl, klasa… Jednocześnie romantyczna, „ukąszona” miłością do Heideggera i przenikliwa filozof, która doskonale wie, gdzie przebiega granica pomiędzy dobrem a złem. Skoczyńska świetnie operuje emocjami, w scenach „wspomnieniowych”, krucha i wrażliwa, po chwili staje się twardą teoretyczką polityki, z determinacją walczącą o niezafałszowywanie jej poglądów. Podobna determinacja pojawia się jeszcze tylko wtedy, gdy przychodzi jej bronić Heideggera - dla niej geniusza filozoficznego na zawsze. Czym uwiódł Hannah Heidegger, że na całe życie pozostała pod jego wpływem? Pani Blȕher (nazwisko Arendt po mężu) odwróciłaby się od profesora, ale pani Arendt będzie przy nim trwać. Nawet narażając się na oskarżenie o pozostawanie „niewolnicą niemieckiej kultury", czy o brak miłości do narodu izraelskiego (które odpiera stanowczo, przekonując, że nie kocha się narodów, ale ludzi).

Młodą Hannah gra w spektaklu Kostrzewskiego Martyna Kowalik, młoda aktorka, absolwentka Akademii Teatralnej sprzed 2 lat. I to jak gra! Radzi sobie doskonale, partnerując doświadczonej aktorce. Przekonująco gra zauroczoną mistrzem, a potem zakochaną w nim studentkę. Potrafi pokazać budzącą się w niej kobietę (delikatna, subtelna scena, gdy Hannah przebiera się przed przyjściem Martina) i filozofkę, coraz bardziej świadomą swych możliwości.

W podwójnej roli debiutuje w tym spektaklu Mateusz Weber. Gra Rafaela, przyjaciela Hannah, zakochanego w niej nieszczęśliwie oraz jego syna Michaela, podającego się za studenta uniwersytetu w Jerozolimie. Trudne zadanie dla debiutanta, ale bardzo dobrze wykonane. Rafael, niczym cień towarzyszący ukochanej Hannah, obserwuje jak dziewczyna, którą kocha, coraz bardziej się od niego oddala, jak zawłaszcza ją dla siebie Heidegger. Wycofany, świadomy nadchodzącego dramatu, przyjmuje z pokorą swój los. Przejmująca pieśń Rafaela-Mateusza Webera, to jeden z najbardziej wzruszających fragmentów spektaklu.

I na koniec słowo o scenografii Marty Dąbrowskiej-Okrasko. Kapitalna w swej prostocie i sile przekazu. Stanowią ją: książki, książki i jeszcze raz książki. Naturalny element mieszkania naukowca i studenta, potwierdzenie przynależności do środowiska intelektualistów. Ale sterta książek, zalegających pod ścianą, zamienia się też w tło, na którym germańskiej kultury broni zdeklarowany nazista. Straszna to przestroga. I niech jak najdłużej zostanie w pamięci. A spektakl ze wszech miar wart obejrzenia.

"Rzecz o banalności miłości" - Savyon Liebrecht
Reżyseria: Wawrzyniec Kostrzewski

Obada:
Halina Skoczyńska, Adam Ferency, Martyna Kowalik, Mateusz Weber
scenografia i kostiumy: Marta Dąbrowska-Okrasko
muzyka: Piotr Łabonarski
asystent reżysera: Julian Potrzebny
inspicjent/sufler: Barbara Zając

Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.