Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3768 miejsce

"Niebezpieczna metoda" - potencjał ogromny, film nudny

Piękno, twarz, słodycz, miód, ciało, miłość. Ciekawe co na ten spis skojarzeń powiedziałby Freud?

 / Fot. mat. prasowePewno, że w młodości wycierałem się jednym ręcznikiem z rodzicami, co spowodowało u mnie poważne problemy z seksem. W sumie, może w moim przypadku tłumaczyłoby to jego sporadyczność. Ale nieważne. Mnie po owym potoku wyrazów, wypływających nieświadomie z mego umysłu, w wyobraźni pojawia się Keira Knightley. I to zawsze. Zdradzam wam to nie bez kozery. Mianowicie jestem po seansie „Niebezpiecznej metody” Davida Cronenberga. I mam pewne obawy, wobec mej miłości do Jejpiękności Keiry…

Możecie się śmiać, ale poważnie Keira Knightley to jedna z mych filmowych muz. Cenie ją nie tylko za urodę, ale głównie za ogromny talent, który niewątpliwie posiada… Powiedzmy. No sami przyznajcie, że bardzo pasują jej wdzianka z poprzednich wieków. Często jest obsadzana w rolach kobiet, które ubierały gorset nie tylko do sypialni, i których „współczesnymi” nazwać nie można. I do twarzy jej w tym. Może urodziła się w złej epoce, a wy od razu bezpretensjonalnie ją krytykujecie. Tak, krytykujecie. Wszędzie pełno narzekań na to, że „gra jedną miną”, „beztalencie”, „szczupła i płaska” itd. Nawet nie mam zamiaru reagować na te oszczerstwa. Mogę zrozumieć, że nie dla każdego może wydawać się pociągająca fizycznie, ale proszę was, spójrzcie tylko na jej twarz. Ona rekompensuje całą resztę malutkich niedociągnięć „stwórcy”. Narzekanie na jej wagę, albo mały biust jest jak powiedzenie, że malutki piesek rasy Golden retriver jest bezużyteczny, bo robi bałagan, obślinia poduszki i robi kupkę na nowym dywanie. Pytam, co z tego!? Jego słodkość nie podlega żadnej
dyskusji. I na tym chciałbym zakończyć kwestię urody mej dziewczyny. Przejdźmy do czegoś bardziej związanego z tematem. I z moimi miłosnymi obawami…

Nie słuchałem nikogo, kto twierdził, że Keira to słaba aktorka. Po prostu dla mnie, pasowała do każdej roli, w której ją widziałem. Bardzo lubię np. „Pokutę” i fragment, gdzie nurkuje w fontannie i drugi, gdzie uprawia seks ze swoim ukochanym (nie ze mną, z filmowym partnerem) w pozycji opartej o ścianę. Ale mniejsza o to. Mówimy dziś o „Niebezpiecznej metodzie”, gdzie słońce mego życia, delikatnie mówiąc, mogła „podać rękę” swym krytykom… Prawdę mówiąc, mogła podobać się tylko w dwóch scenach: ponownie nurkowania, tyle że tym razem w stawie i podczas „pejczowania” jej pośladków na łóżku. Kto widział, będzie wiedział, o które fragmenty chodzi. Kto nie widział, a chce zobaczyć, to na pewno zapadną mu one w pamięci i będzie chciał do nich często wracać, a kto zastanawia się, czy zobaczyć… to cały film odradzam, scenę w łóżku - polecam.

„Niebezpieczna metoda” to według moich kryteriów film nudny. Potencjał tematu, który wziął na warsztat David Cronenberg jest ogromny. Psychologia, psychoanaliza, starcie dwóch wielkich postaci nauki: Freuda i Junga, zdrada, kompleksy, zagadki umysłu, można by tak długo wymieniać, co mogłoby być fundamentem tej fascynującej historii. Teoretycznie fascynującej, bo w „Niebezpiecznej metodzie” nic z tych rzeczy nie znajdziecie. Co wam zostanie, to tylko ckliwy melodramat, z wyraźnie przeeksponowaną grą Keiry, przez co jej bohaterka Sabina, zamiast intrygować, raczej rozśmiesza (mam nadzieję kochanie, że wybaczysz mi te słowa). Piszę o niej, bo to jeden z dwóch pierwiastków „kładących” film na łopatki. Drugim z nich jest scenariusz. Na koniec filmu do głowy przychodzi niepokojąca myśl w stylu: „co jest? To wszystko?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.