Facebook Google+ Twitter

Niech nam żyje i rozkwita!

Zawsze przed pierwszym majem były przygotowania do święta. Nazywało się to świętem klasy robotniczej, a nie jak teraz - łykent. Ale razu jednego to święto smutno się skończyło.

Najsampierw było robienie transparentów. Na transparentach były papierowe hasła, żeby podnieść na duchu klasę robotniczo-chłopską i wzmocnić sojusz z najlepszym przyjacielem Związkiem Radzieckim. No i były czyny społeczne. Czyny społeczne były bardzo ważne i pan kierownik podejmował te czyny w komitecie powiatowym, a potem wszystkie dzieci wykonywały te czyny, a pan kierownik razem z nami. Zawsze był wesoły i roześmiany, wierzył w partię, Lenina i hasła na transparentach. Czyny były na święto pierwszomajowe, ale na inne święta też.

Tak się jakoś akurat złożyło, że kiedy nowy pan kierownik przyszedł do szkoły, amerykańscy imperialiści zaczęli zrzucać na Polskę stonkę ziemniaczaną. Więc partia walczyła z imperialistami, a my ze stonką.

Stonka bardzo dobrze nadawała się do czynów społecznych dla dzieci, bo dzieci do innych czynów nie miały takiej siły. A do stonki tak. Chodziło się po polach, każdy ze swoją butelką żeby to imperialistyczne robactwo do nich wrzucać. Bo tam była woda i stonka się topiła. Żeby nam nie zjadała ziemniaków. Ziemniaki były dla ludzi, a nie dla tych stonek.

Jesienią, jak już nie było stonki, chodziliśmy po lekcjach wyrywać buraki, bo pan kierownik zgłosił czyn społeczny na buraki w komitecie i cała szkoła gołymi rękami buraki wydzierała z ziemi. To już było trochę gorsze, bo buraki były wielkie a ziemia sucha. Ale za to na drugi dzień nie odpytywali z lekcji. Wiadomo – jak całe popołudnie przy burakach, to już nie było siły na zadania domowe. Fajnie było.

Ale pierwszego maja było najfajniej. Pan kierownik sprawdzał obecność wszystkich klas na boisku, biegał dookoła, potrząsał głową bo mu włosy na czoło opadały, ustawiał klasami, klasy w szeregi i rzędy, wzdłuż i w poprzek, bo miał być piękny pochód.

Jak już wszyscy stali jak trzeba, przemawiał do dzieci bardzo ważny człowiek z komitetu w Warszawie. Przemówienie było słychać dobrze, chociaż tak daleko. Na drzewach wisiały „kołchoźniki” i nawet słychać było
jak tam, w tej Warszawie, gra orkiestra dla najważniejszych ludzi z najważniejszego w Polsce komitetu. Potem u nas grała orkiestra strażacka i gimnazjalna żeby się pięknie i równo maszerowało. A na trybunie ustawiali się najważniejsi sekretarze z naszego miasteczka i też przemawiali. I wtedy mówili o naszych czynach społecznych. Na koniec przemówienia zawsze wołali "niech żyje i rozkwita..." i cały pochód krzyczał "niech żyje, niech żyje". Bardzo pięknie było. Kiwali do nas rękami, uśmiechali się i najlepsi uczniowie w nagrodę dostawali bukiety, żeby je tym ważnym sekretarzom wręczać. Podbiegali do trybuny, dawali bukiet temu co pan kierownik kazał i to się nazywało "spontanicznie". Takie jakieś dziwne słowo pan kierownik wymyślił.

Tych kołchoźników co wisiały na drzewach to po pochodzie nie zdejmowali przez kilka dni, bo był Wyścig Pokoju i wszyscy słuchali, a najwięcej o niezwyciężonej drużynie radzieckiej i o naszym jednym. Królak się nazywał i raz mówili, że jednemu bratniemu kolarzowi pompką rowerową przez łeb przyłożył i wtedy dojechał najpierwszy. A jak akurat nie nadawali wyścigu, to grali piosenkę "wio koniku..."

Aż tu jednego roku pochód był bardzo specjalny bo pierwszaki jechały na dwóch nowych ciężarówkach. No i potem obydwaj szoferzy zrobili tym pierwszakom niespodziankę. Pojechali na wyścig po nowej drodze za miastem. Jedna ciężarówka w tym wyścigu wpadła do rowu, bo ten szofer był bardziej pijany od tego drugiego i jakoś źle wymijał bo chciał być pierwszy. Jak już ludzie tam dobiegli, to najpierw złapali tego szofera, żeby nie dał rady uciec. I milicjanci musieli go bronić przed ludźmi. Inni szukali tych dzieci w polu, bo tam ich trochę wyrzuciło, a jeszcze inni próbowali wydobyć resztę spod tej ciężarówki, co wpadła do rowu i leżała do góry kołami. Na dnie rowu było błoto i w tym błocie leżał buzią jeden chłopczyk. A drugi, co mu głowę na taki placek zgniotło leżał na trawie i już się nie ruszał.

Wtedy przyjechało pogotowie. Jak już ludzie pozbierali te wszystkie dzieci i tego chłopczyka z rowu, to nagle kierowca pogotowia popatrzył, popatrzył i zemdlał. Bo ten chłopczyk, co go wyjęli z błota i był uduszony to był jego synek. Całkiem inny szofer musiał karetką jechać.

I od tej pory już nikogo ciężarówkami na pochody nie wozili.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.