Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

10053 miejsce

Niechciany skarb Lucjana Myrty

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-10-02 08:20

Jeśli powiemy, że jest warta tyle złota ile waży to mało, jeśli powiemy, że takich skarbów z bursztynu nie ma na całym świecie, to jeszcze nic. Bo to królewska kolekcja! Mimo to gdańskie Muzeum Bursztynu lekką ręką oddało ją Malborkowi.

Wielkie gabloty z czarnego drewna i szkła odjechały wczoraj do Zamku w Malborka. Lucjan Myrta zabrał je, razem ze swoimi zbiorami, z gdańskiego Muzeum Bursztynu, gdzie były w depozycie.

Kobieta z pawiem

Nie zobaczymy już w Gdańsku największej na świecie kolekcji okazów naturalnych, jantarowego stołu (waży 80 kg), ozdobnych szkatuł, kobiety z pawiem, czy największej na świecie bursztynowej kuli.
- Zabrałem, nawet z pewnego rodzaju emocjami - przyznaje bursztynnik. - Było bardzo dobrze, pięknie, z atencją i miłością do bursztynu, ale nagle zaczęło się źle dziać.
Myrta mówi, że nie otrzymał od władz Gdańska obiecanych pieniędzy, zabrakło też miejsca dla części eksponatów, które trafiły do magazynu, a jego nazwisko zniknęło z listy Światowej Rady Bursztynu, którą zakładał.
- Muzeum Historyczne Miasta Gdańska zobowiązało się kupić część moich zbiorów za dwanaście milionów złotych, w trzech ratach - tłumaczy. - Termin zapłaty wciąż odkładano. W końcu dostałem milion złotych i obietnicę kolejnego miliona. Nie tak się umawialiśmy! Kupiono zaledwie pięć procent kolekcji.
Wyciąga teczkę z umową, pokazuje pisma.
- W styczniu i lutym dokonałem transakcji na ogromne kwoty - na kredyt oczywiście. Już zacząłem wydawać pieniądze. Skoro była umowa. Stąd wytworzyły się napięcia. Mówię, słuchajcie - dotrzymujcie słowa! Jestem w końcowej fazie ukończenia skarbca. Jeżeli chcę kupić ładny bursztyn, muszę płacić!

Kość niezgody

- To nieprawda, że miasto nie dotrzymało słowa - oponuje Andrzej Trojanowski z Biura Prezdenta Miasta. - Kiedy pojawiły się na rynku antykwarycznym bezcenne wyrobu gdańskich mistrzów bursztynników, kupiliśmy je. Z panem Myrtą uzgodniliśmy, że będziemy płacili za jego wyroby w wolniejszym tempie. Więc nie wiem, jakiej umowy miasto nie dotrzymało? Wręcz przeciwnie, prezydent Adamowicz na przyszły rok zabezpieczył pieniądze na kupno kolejnych eksponatów.
Skarbiec, który buduje Lucjan Myrta, to ponad 700 kg czystego bursztynu - perła w koronie kolekcji.
- Gdyby ktoś chciał zamienić się ze mną, skarbiec za jantarowe cuda z Watykanu lub Ermitażu, to się nie zamienię - zapewnia. - Największym ciosem w moje bursztynowe serce było to, że w muzeum nie znaleziono na skarbiec odpowiedniego miejsca. Chciałem, aby stanął na dole, w Zespole Przedbramia, gdzie zrobiono kino. Mógłbym przy nim pracować. Do żadnej innej sali nie da się go wnieść. Proponowano mi miejsce w Ratuszu przy ulicy Długiej. Nawet ładne. Nie zgodziłem się, tam skarbiec stanąłby między szafami...
Andrzej Trojanowski oponuje: - Z tego co wiem, to prezydent wysłał list do pana Myrty zgadzając się na umieszczenie skarbca w sali kinowej Muzeum Bursztynu. Nie zgadzał się tylko na to, żeby w tej sali otworzyć sklep dla córki pana Myrty. To była ta kość niezgody, między innymi.

Dotrzymajcie słowa

Lucjan Myrta jest nie tylko artystą, mistrzem, ale i kolekcjonerem pasjonatem. Najcenniejszych okazów swego warsztatu nie wypuszcza z rąk. Kolekcja jego wyrobów, a także naturalnych, najpiękniejszych i największych brył bursztynowych, może konkurować ze zbiorami wielu muzeów europejskich. Godna jest miana kolekcji królewskiej. Użyczona Muzeum Historycznemu Miasta Gdańska dała początek nowemu oddziałowi - Muzeum Bursztynu.
4 kwietnia Lucjan Myrta nieoczekiwanie złożył wypowiedzenie umowy o depozycie.
- Zanim we wrześniu przyjechałem po moją kolekcję, przez pięć tygodni usiłowałem dodzwonić się do prezydenta Adamowicza - mówi. - Bezskutecznie! W końcu doszło do spotkania, z którego nic nie wynikło.

Mleczarka i łzy

Siedzimy nad stawem przed domem. Na stole bursztynowa mleczarka przypomina, aby nie płakać nad rozlanym mlekiem.
- Jest z bajki La Fontaine’a - mówi kolekcjoner.
Pytam, czy to prawda, że chciał mieć w Przedbramiu własną galerię?
- To chore - odpowiada. - Nie handluję koralikami. Chciałem, żeby można tam było kupić mój album o bursztynie i surowy jantar.
Władze Sopotu marzą, żeby kolekcja znalazła się u nich. Lucjan Myrta też tego pragnie. Zaproponowano mu Dom Zdrojowy, ale ukończenie prac zaplanowano tam za dwa lata. Więc może Krzywy Dom, gdzie czeka sala - 600 metrów kwadratowych?
- Chętnie, ale nie da się tego zrobić na gwałt, z marszu - mówi pan Lucjan. - Na adaptację i przystosowanie potrzeba czasu.
Na dziś i teraz, jest Muzeum Zamkowe w Malborku. Trafi tam wszystko.
- Mam przestrzenie, dyrektor Mierzwiński zaproponował mi, jak to się mówi, hektary - żartuje bursztynnik.

Zaprzedałem duszę

Lucjan Myrta to postać niezwykła. Prawie czterdzieści lat temu ten syn górnika z Bytomia zaczynał od zera. Jedynym jego kapitałem była miłość do bursztynu.
- Pasja zawsze zmierza w stronę dużych osiągnięć, jeżeli jest prawdziwa. Ja zaprzedałem duszę pracy. Przestałem liczyć czas, na nic więcej nie zwracałem uwagi, a przecież świat jest taki piękny. Żona mówi, że ostatnie spodnie bym sprzedał za bursztyn - przyznaje.
Prace sopockiego mistrza znane są na całym świecie. Na przełomie lat 69/70 miał wystawę w Osace i w Tokio. Od tego czasu współpracuje niezmiennie z tą samą firmą w Japonii. Doczekał się nawet swojej sali z eksponatami. Jego prace trafiły też na Tajwan i do Ameryki.
- Kiedyś robiłem dużo do Egiptu, głównie drobiazgi - wspomina. - W Kairze był Arab, który prowadził perfumerię. Zamawiał u mnie flakony na perfumy, kilka mi jeszcze zostało.

Puzderko na brylanty

Do Japonii wywędrował kufel z herbami Gdańska, wykonany z jednej bryły. Ważył przeszło kilogram. Japończycy kupili też mamuta, którego Lucjan Myrta zobaczył w kawałku bursztynu. Ważył kilo dwanaście. Nie żałowała pieniędzy świątynia buddyjska i przepłaciła, odkupując mamuta od firmy.
Dla Chińczyków Myrta robił bursztynowe kielichy. Pudełeczka na wielokaratowe brylanty zamawiała seryjnie firma z Anglii,
Najmniejszym drobiazgiem były bursztynowe oliwki, trzy na cztery milimetry. Ledwo widoczne. Metrowy naszyjnik oliwek ważył niewiele ponad trzy gramy.

Na Wawelu

Lucjan Myrta uchyla rąbka tajemnicy i zdradza, że od czerwcu do września kolekcja będzie pokazywana na Wawelu. - Dla mnie to są ukochane, rodzinne strony - opowiada.
Nawet kamyki, leżące nad sadzawką przywiózł z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Chciałby skarbiec po raz pierwszy pokazać właśnie na Wawelu.
W Muzeum Historycznym Miasta Gdańska, którego oddziałem jest Muzeum Bursztynu zapewniają, że nie rozstali się w gniewie.
- To co kupiliśmy zostaje - mówi kierownik Joanna Grążawska. - Nie ma dramatu. Zaczynaliśmy od depozytu Lucjana Myrty, ale od początku (w miarę pozyskiwanych środków) staraliśmy się tworzyć własną kolekcję. Nie jesteśmy muzeum jednego artysty. Zachwyca ogrom i wielkość tej kolekcji. Lucjan Myrta przejdzie do historii ze względu na tę gigantomanię. Czas określi, ile w jego pracach jest sztuki. Ale na pewno to coś unikalnego ze względu na wielkość okazów, na ilość zużytego bursztyna.
- Pamiętajmy, że Muzeum Bursztynu powstało w dużej mierze dzięki prezydentowi Gdańska, bo pan Myrta kolekcję miał przez trzydzieści lat w domu i dalej by ją mógł mieć tam, a muzeum by nie było - dodaje.
A Lucjan Myrta?
Karmi czerwone rybki w stawie i myśli. O czym? Oczywiście, o skarbcu!

SMS

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.