Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

24576 miejsce

Niedziela bez Teleranka - 13 grudnia 1981 oczami dziecka

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2012-12-13 09:38

"Zamiast wyczekiwanego programu, zobaczyłam ubranego w mundur generała Jaruzelskiego...". Stan wojenny to nie tylko brak ulubionego programu... to bezpowrotnie utracone dzieciństwo, to strach i przerażenie przed nieznanym.

13 grudnia 1981 niedziela

Pamiętnik, 13 grudnia 1981 / Fot. Ewa Naukowicz-WójcikDziś obudziłam się o całą godzinę wcześniej niż planowałam. Gdy zerknęłam na budzik, była ósma. Na szczęście czułam się wyspana, wypoczęta, a przede wszystkim zregenerowana po wyjątkowo ciężkim tygodniu nauki, więc nie miałam powodu, by żałować tej utraconej godzinki snu.

Odsunęłam zasłony, jednocześnie sprawdzając, czy śnieg nadal leży na swoim miejscu i wróciłam do łóżka. Po drodze zgarnęłam ze stołu ostatni numer "Płomyka" i pogrążyłam się w lekturze.

Punkt dziewiąta, jak co tydzień, zjawiłam się w pokoju rodziców i włączyłam nasz nowy nabytek - telewizor "Rubin".
Rozpierała mnie trudna do opisania wręcz radość, gdyż dziś po raz pierwszy miałam zobaczyć swój ulubiony program "Teleranek" w kolorze. Niestety, mimo kilku prób uruchomienia telewizora, na ekranie nadal nie było widać wskakującego na płot koguta, nie było też słychać jego piania. Telewizor wyglądał na zepsuty. Zawołałam tatę, ale i on mimo wszelkich sposobów, łącznie z waleniem pięścią w obudowę, nie był w stanie przywrócić ani fonii, ani wizji.

Po chwili w pokoju pojawiła się mama i widząc narastającą w moich oczach rozpacz, postanowiła ratować sytuację i mimo wczesnej pory zadzwonić do wujka Tomka, tak zwanej "złotej rączki", ale telefon wziął chyba wziął przykład z telewizora i milczał jak zaklęty. Jedynym działającym sprzętem okazało się stare, poczciwe radio, ale miało jedynie do zaoferowania muzykę poważną, na którą nie miałam nastroju, więc wyłączyłam je ze złością i usiadłam do rodzinnego, niedzielnego śniadania.

Mimo kryzysu, pustych półek w sklepach, kartek żywnościowych, wciąż było ono naszą tradycją. Ogromna w tym zasługa mamy, która jest mistrzynią kuchni i potrafi zrobić coś z niczego. Gdy napisałam "coś z niczego", właśnie przypomniał mi się wierszyk, który wczoraj przyniosła nam, na mocno sfatygowanej kartce, sąsiadka:

Wziąć to, czego nie ma, dodać soli i kminku,
Potem zmieszać z tym czego chwilowo brak na rynku...
Mieszać długo i dokładnie jak się znudzi przestać
I posypać tym na co absolutnie nas nie stać...
Można upiec bądź usmażyć lub przypiekać na rożnach
Polewając tym o czym nawet marzyć nie można.
Wszyscy u nas to jedzą, dla każdego wystarczy.
Na tym właśnie polega Polski Cud Gospodarczy!

Sprawa telewizora nie dawała mi jednak spokoju. Co kilka minut próbowałam go włączyć, aż wreszcie udało się! Jednak zamiast wyczekiwanego programu, zobaczyłam ubranego w mundur generała Jaruzelskiego, który przez cały dzień zwracał się do nas Polaków słowami: "Obywatelki i Obywatele Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej", po czym informował nas o wprowadzonym dziś o północy stanie wojennym.

Pierwszy raz w życiu słyszałam to określenie i nie miałam pojęcia, co oznacza. Wiedziałam jedno - to na pewno coś złego, a sądząc po twarzach, rozmowach i nastroju rodziców, nawet bardzo złego.

Wieczorem, gdy kładłam się spać, moja wiedza na temat stanu wojennego była już trochę większa. Wiedziałam już bowiem, iż oznacza on:
- aresztowania działaczy opozycyjnych, a więc wielu znajomych rodziców, należących do "Solidarności", a może i ich samych
- wyłączenia central telefonicznych, a więc brak kontaktu ze wszystkimi, nawet z pogotowiem, gdyby stało się coś złego
- obsadzenie przez milicję i wojsko wszystkich obiektów radia i telewizji, a więc pożegnanie z ulubionymi programami i audycjami
- zaostrzenie cenzury, a więc sprawdzanie każdego napisanego słowa
- wprowadzenie godziny milicyjnej (od 19.00 do 6.00), a więc co z wieczornymi spacerami naszego psa? Jak nasz kochany Pankracy sobie z tym poradzi?
- wstrzymanie wydawania prawie całej prasy (żegnajcie ulubione czasopisma!) oraz wyjazdów zagranicznych, a więc nici z wyjazdów na ferie do cioci Agaty, która mieszka w Czechosłowacji oraz wujka Andrzeja, który mieszka na Węgrzech, które zaplanowaliśmy
- zawieszenie zajęć w szkołach - ciekawe jak skończę piątą klasę?

Jutro kolejny wolny dzień, ale wcale mnie to nie cieszy. Będę musiała zostać sama w domu i w dodatku nie będę mogła zadzwonić nawet do rodziców! Na dwór chyba też nie odważę się wyjść, bo ulica na której mieszkamy, pełna jest czołgów i co kilka minut słychać jakieś przeraźliwe krzyki. Aż strach się bać!".

Powyższy tekst jest fragmentem "Pamiętnika" obejmującego okres od 13 grudnia 1981 do 19 grudnia 1982 roku, który powstał współcześnie. Autorką jest moja córka (11 lat). "Na pomysł napisania książki w formie pamiętnika wpadłam ponad rok temu, po lekturze serii książek autorstwa Małgorzaty Budzyńskiej - "Ala Makota".

Latami osiemdziesiątymi, a zwłaszcza okresem "stanu wojennego", w którym toczy się akcja mego pamiętnika, interesuję się od dawna. Znam go głównie z opowiadań mamy i babci. Wszystkie wydarzenia opisane w książce, oparte są na faktach autentycznych. Zmienione zostały jedynie imiona i powiązania rodzinne mych bohaterów. Starałam się, by pamiętnik odzwierciedlał tamte dni, by opisane fakty miały potwierdzenie w historii, a szata graficzna dawała złudzenie, że powstał trzydzieści lat temu".

Praca widoczna na zdjęciu w ubiegłym roku szkolnym wzięła udział w konkursie "Wydajemy własną książkę".

Zarejestruj się i napisz artykuł
Znajdź nas na Google+

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.