Facebook Google+ Twitter

Nieelektryzująca Elektra

Warszawski Teatr Wielki sięgając po Elektrę Straussa, postanowił dotrzeć do nieco bardziej wymagającego widza. Czy tą produkcją jest w stanie go zachwycić?

Elektra to historia emocji i przemian. Ojciec tytułowej bohaterki zostaje zamordowany przez własną żonę i jej kochanka. Opętana żądzą zemsty córka, zachowuje się niczym obłąkana, zbrodnia staje się jej obsesją. Chce ukarać matkę, której teraz nienawidzi. Bezskutecznie próbuje przekonać do takiej samej postawy swoją siostrę. Jesteśmy świadkami subtelnej gry, którą ze sobą toczy, obłędu, w który popada i w końcu klęski, którą ponosi. Krok po kroku śledzimy autodestrukcję.

Caroline Whisnant specjalizuje się w operach Straussa, a w rolę Elektry wcielała się już wielokrotnie w wielu teatrach całej Europy, dlatego dużo się po niej spodziewałam. Tymczasem zamiast na głosie, skupiałam się na szeregu irytujących manier - bezustannym i bezsensownym machaniu rękami czy bujaniu się w rytm muzyki. Nie wiem tylko na ile jest to wynik pracy choreografa, a na ile wkład własny. Przeszkadza też jej sposób poruszania się po scenie. Za to ogromny plus należy się za umiejętność oddania gwałtownych przemian emocjonalnych. Raz zachowuje się niczym w ekstazie, a za chwilę patrzy na resztę obsady wzrokiem najgroźniejszego seryjnego mordercy! Za to najbardziej godnym uwagi głosem obdarzony jest Remigiusz Łukomski, wcielający się w postać Piastuna Orestesa. Nie ma wielkiej roli lecz niewątpliwie zapada w pamięć.

Podobnie - monumentalna scenografia. Oszczędna, lecz w swojej prostocie robiąca ogromne wrażenie. Przytłacza, niczym emocje Elektry, jednocześnie nie odwraca uwagi. A taniec światła i cieni składa się na fantastyczne widowisko, które może, a nawet musi zachwycić spostrzegawczego widza.

Muzyka Straussa jest poruszająca, idealnie dopełnia to, co dzieje się na scenie. Buduje ciągły nastrój napięcia, nerwowości. Wzbudza w odbiorcy rosnący niepokój. Orkiestra pod batutą Tadeusza Kozłowskiego poradziła sobie znakomicie. Jednak należy dodać, że momentami muzyka była głośniejsza, niż śpiew, co znacznie przeszkadzało w odbiorze opery.

Elektra to opera zrealizowana tylko poprawnie. Nie zachwyca. Nie porusza. Nie zmusza do refleksji. Bardziej wymagającego widza raczej nie oczaruje. A początkującego fana opery może wręcz zniechęcić.

Premiera obecnej produkcji miała miejsce 24 marca 2010 roku. Natomiast światowa prapremiera ponad 100 lat temu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.