Emocje w Niemczech wywołały, parę dni temu, wypowiedzi członka SPD, Thilo Sarrazina. W brutalny sposób powiedział on o sprawach, o których publicznie raczej się nie mówi.
Emocje w Niemczech wywołały wypowiedzi zasiadającego we władzach Bundesbanku członka SPD, Thilo Sarrazina. Ma on zwyczaj dość jasnego wypowiadania się w wielu sprawach, nie tylko o imigrantach. Sformułował całościową ocenę Berlina i Berlińczyków jako "plebejskich i małomieszczańskich". Berlina jako miasta, w którym 40% dzieci rodzi się w najniższych warstwach społecznych (Unterschicht), nie jest włączonych do życia gospodarczego i żyje ze świadczeń społecznych. Tu dochodził do problemu imigrantów: "Media są nastawione na problematykę społeczną, ale tureckie przytułki dla bezdomnych nie pociągną rozwoju miasta".
Zarzucił społeczności imigranckiej nie dbanie o wykształcenie dzieci, podkreślał niechęć arabskich i tureckich imigrantów do integracji. Wskazał przy tym na dwa istotne problemy, aczkolwiek zrobił to w sposób mało sympatyczny i dla wielu, tych ciężko pracujących imigrantów, obraźliwy.
Po pierwsze mówił, że Niemcy są zajmowane przez społeczność o znacznie wyższym przyroście naturalnym. Porównał sytuację do tej w Kosowie, w którym udział muzułmanów rósł przez lata, prowadząc do politycznych zmian. Abstrahując od formy wypowiedzi, Sarrazin wskazał na problem zasadniczy, dwie grupy ludności:
- jedna lepiej sytuowana i z ujemnym przyrostem naturalnym,
- druga, imigrancka, biedniejsza, ale zapełniająca szkoły.
Miał rację, że każdy dobry polityk musi postawić sobie pytanie o konsekwencje takiej sytuacji, szczególnie gdy mechanizm integracji imigrantów wyraźnie nie działa wystarczająco skutecznie. Czy w którymś momencie nie doprowadzi to do eskalacji konfliktu? Jak temu przeciwdziałać?