Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

5512 miejsce

Niemiecka wielokulturowość, czyli "Lebensborn" XXI wieku

Germanizując dzieci z mieszanych małżeństw, niemieccy urzędnicy w dalszym ciągu realizują rasistowską politykę III Rzeszy.

Petycja Wojciecha Pomorskiego (str.1)Petycja Wojciecha Pomorskiego (str.2)Dziś Komisja Petycji Parlamentu Europejskiego rozpatrzy wnioski w sprawie dyskryminacyjnych i niezgodnych z prawem unijnym praktyk niemieckich urzędów, których ofiarą padają dzieci pochodzące ze związków, z których jedno z rodziców jest narodowości niemieckiej. Komisja rozpatrzy pięć petycji. Wnioskodawcami są: Wojciech Pomorski (38/2006), Lidia Jochimsen (712/2006), Beata Pokrzeptowicz-Meyer (713/2006), Mirosław Kraszewski (848/2006) oraz Brygida Pokrzeptowicz (849/2006). Oprócz Polaków pod jednym z wniosków podpisały się także osoby, które znalazły się w podobnej sytuacji, a są obywatelami takich państw, jak Austria, Francja, Belgia, Wielka Brytania, USA, RPA i Australia. Wnioskodawcy będą się starać m.in. o delegalizację na terenie Unii Europejskiej Jugendamtów (Urzędów ds. Dzieci i Młodzieży) – instytucji działających w RFN na szczeblu lokalnym i finansowanych z budżetów niemieckich gmin i powiatów. „Jugendamty funkcjonują na poziomie niemieckich krajów związkowych i jako takie nie podlegają rządowi federalnemu” – zaznacza w rozmowie z autorem artykułu Marcin Libicki, eurodeputowany PiS, przewodniczący Komisji Petycji PE. I wyjaśnia: „30 stycznia komisja będzie badać, czy dyskryminowani rodzice wnioskujący o delegalizację Jugendamtów mają rację. Czekamy także na stanowisko rządu niemieckiego w tej sprawie.”


Nikt nic nie wie

Beata Pokrzeptowicz, tłumacz przysięgły języka niemieckiego i wykładowca uniwersytetu w Bielefeld jest mamą siedmioletniego Moritza. W trzy lata po ślubie, mąż Dirk Meyer opuścił ją, wybierając przyszłość u boku starszej o 11 lat kobiety. Na dziecko przestał łożyć. Mimo że w roku 2002 doszło do rozwodu, matka nie utrudniała ojcu kontaktów z synem. Kiedy uprzedziwszy byłego męża wyjechała z małym Moritzem na parę miesięcy do Polski, niemiecki sąd orzekł, iż doszło do porwania i przekazał opiekę nad dzieckiem jego ojcu. Od tej pory pani Beacie nie wolno było rozmawiać z synem po polsku. Widywać go mogła jedynie pod nadzorem i w pomieszczeniu Jugendamtu. Wszystko to odbywa się za cichym przyzwoleniem polityków, z których wielu lubi powtarzać frazesy o wspieraniu wielokulturowości i zaangażowaniu w międzynarodowy dialog. Beata Pokrzeptowicz-Meyer wymienia w tym kontekście nazwiska Horsta Köhlera, Gesine Schwan, Georga Boomgardena, Brigitte Zypries Rity Süssmuth, Angeliki Schwall-Düren, Volkera Becka, Claudii Roth, Günthera Nooke, Elmara Brooka, Hansa-Gerta Pötteringa, Mechthild Rothe, Christopha Strässera, od dawna informowanych o praktykach dyskryminacji, których ofiarą padają polscy rodzice i ich dzieci.


Zagrożenie dla rozwoju

W opinii dyskryminowanych rodziców rzeczywiste cele Jugendamtów nie zmieniły się od czasów Hitlera. W jednej z petycji do Parlamentu Europejskiego napisali: „Nowoczesny niemiecki Jugendamt jest organizacją o charakterze nazistowskim, która w imię narodu niemieckiego wychowuje europejskie dzieci w duchu kłótni i nienawiści. Dlatego Jugendamt należy uznać w Unii Europejskiej za instytucję nielegalną.” . Dla uzasadnienia szykan, niemieccy urzędnicy posługują się absurdalnym argumentem szkodliwego wpływu dwujęzyczności na rozwój dzieci. Opinie autorytetów naukowych są zgodnie ignorowane zarówno przez Jugendamty, jak przez sądy. Mirosław Kraszewski cytuje dwie ekspertyzy, które nie pomogły mu przed sądem w walce o prawo do rozmawiania po polsku z jedenastoletnim dziś synem, Filipem. Hedwig Amorosa, profesor psychiatrii z Monachium napisała: „Dwujęzyczność jest zjawiskiem raczej normalnym niż szczególnym. Połowa ludności świata jest dwujęzyczna. Zakłócenia w rozwoju mowy nie pozostają w związku z dwujęzycznością” . Logopeda ze Stuttgartu, dr Marion Hermann-Roettgen, stwierdziła: „Na podstawie mojego 30-letniego doświadczenia uważam wydany względem ojca zakaz porozumiewania się z dzieckiem w języku polskim za całkowicie opaczny” . Kraszewski, szanowany przez swoich niemieckich pacjentów lekarz radiolog od ponad siedmiu lat bezskutecznie walczy o syna z urzędnikami. Wielu rodziców w podobnej sytuacji wolno spotykać się z własnymi dziećmi tylko raz na parę miesięcy przez kilka minut i pod nadzorem.


Cena pojednania



Wojciech Pomorski z córkami (fot. archiwum Wojciecha Pomorskiego) Na tym tle dochodzi czasem do tragedii. Wojciech Pomorski, od lat walczący o prawo do rozmawiania po polsku z córkami przytacza historię Andrzeja Luca, któremu Jugendamt także postanowił wynarodowić dziecko. 10 marca 2006 zrozpaczony ojciec strzałem w głowę odebrał sobie życie... „Ciekawe co by było, gdyby dzisiaj mieszkającym na Opolszczyźnie Niemcom polskie sądy zabroniły rozmawiać z dziećmi w ich ojczystym języku?” , pyta retorycznie Wojciech Pomorski. Zapytany o bilans pojednania polsko-niemieckiego, Pomorski stwierdza: „Z mojej perspektywy w ostatnich kilkunastu latach polska polityka względem Niemiec była prowadzona z pozycji ‘na czworakach’. Nie doczekaliśmy się na przykład zagwarantowania analogicznych praw, jakie ma mniejszość niemiecka w Polsce. Za to nawet osobom takim jak ja, które mają podwójne obywatelstwo, odbiera się możliwość wychowywania własnych dzieci i w kulturze niemieckiej, i w kulturze polskiej.” Ojciec siedmioletniej Justyny i dziesięcioletniej Iwony Polonii konstatuje: „Pojednanie może zaistnieć, jeśli będzie szczere. Na razie nie widzę takiej woli ze strony niemieckich polityków, a tym bardziej urzędników.”


Dziedzictwo „rasy panów”

Działalności Jugendamtów nie od dziś towarzyszą kontrowersje. Polscy rodzice zwracają uwagę na brak jakiejkolwiek kontroli nad samowolą urzędników, którzy uzurpując sobie prawa rodzicielskie łamią elementarne zasady prawa, zdrowego rozsądku i dobrych obyczajów. Wielu poczynaniom pracowników Jugendamtów zdaje się przyświecać złowroga ideologia. Biorąc pod uwagę genezę tej parasądowej instytucji, trudno się zresztą dziwić. Jugendamty powstały w 1939 r. i były głównym instrumentem nazistowskiej polityki wynaradawiania „dobrych” rasowo dzieci i przekształcania ich w „pełnowartościowych” mieszkańców „tysiącletniej Rzeszy”. Unormowania ustawy pod nazwą „Reichsjugendwohlfahrtgesetz” (dotyczącej opieki nad młodzieżą i dziećmi Rzeszy) zostały przeniesione do obowiązującego w RFN po dziś dzień Kodeksu Socjalnego i stanowią podstawę prawną działalności Jugendamtów. Po roku 1945 struktury Jugendamtów nie zostały rozwiązane. Do roku 1952 były one pod kontrolą policji. W tym okresie niemieckie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zniszczyło akta 160 tysięcy uprowadzonych w czasie wojny „czystych rasowo” dzieci polskich, które pozbawiono tożsamości i „podarowano” niemieckim rodzinom. W chwili obecnej Jugendamty nie podlegają jakiejkolwiek kontroli ze strony państwa i organów wykonawczych. Każde dziecko i każda rodzina (również obywatele państw obcych) przebywające na terenie Niemiec z mocy prawa automatycznie podlega kontroli lokalnego Jugendamtu. Dziecko może być w każdej chwili zabrane rodzicom i to bez podania przyczyn i z zatajeniem miejsca przetrzymywania dziecka. A sąd bywa o tym powiadamiany dopiero po fakcie. Decyzje Jugendamtów stanowią warunek wstępny rozstrzygnięć sądów rodzinnych, co w poważnym stopniu ogranicza ich niezawisłość.



Dobro dziecka ponad wszystko

Co więcej, tego typu instytucje, poza RFN, nie istnieją w żadnym innym państwie prawa. Urzędnicy Jugendamtów uczestniczą we wszelkich postępowaniach sądowych dotyczących relacji rodzice-dziecko. Oficjalnie Jugendamty kierują się swoiście pojmowaną ideą „dobra dziecka” (Kindeswohl), która notabene nigdy nie została zdefiniowana w niemieckim prawie. W praktyce w przypadku dzieci pochodzących z małżeństw mieszanych, urzędnicza troska o dobro dziecka sprowadza się do utrudniania kontaktów z nie-niemieckim rodzicem i zawężania możliwości pielęgnowania tożsamości innej niż niemiecka. Temu służy konsekwentne ograniczanie rodzicom, którzy nie są Niemcami kontaktów z własnymi dziećmi. Niejednokrotnie w takich przypadkach dochodzi nawet do odbierania władzy rodzicielskiej. Również bez udziału organów sądowych. Przeciwko osobom, które nie chcą się podporządkować wytaczane są sprawy karne. Nie posiadającym odpowiednich kwalifikacji urzędnikom, zdarza się wydawać „zaoczne” (t.j. „orzekane” bez kontaktowania się z „badanym” rodzicem) opinie psychiatryczne. U kogoś, kto obstaje przy prawie do rozmawiania po polsku z własnym dzieckiem, pracownik socjalny Jugendamtu może „stwierdzić” chorobę psychiczną..

Fragment listu stowarzyszenia polskiego „Rodzice przeciw dyskryminacji dzieci” do Mariusza Muszyskiego, przedstawiciela polskiego MSZ ds. stosunków polsko - niemieckich.

„W imieniu pokrzywdzonych polskich dzieci i rodziców w Niemczech zwróciliśmy się do wielu niemieckich polityków, m.in. do Federalnych Ministerstw Rodziny i Sprawiedliwości, oraz do Pani Prof. dr Gesine Schwan, Koordynatora Rządu Republiki Federalnej Niemiec ds. Niemiecko-Polskiej Współpracy Przygranicznej i Społecznej, ażeby pomogła w zaprzestaniu dyskryminacji i wynaradawianiu dzieci polskich w Niemczech. Dosłałam pani prof. dr Schwan wszystkie mi dostępne artykuły prasowe na ten temat oraz zwróciłam uwagę na rozprzestrzenianie się tego problemu od roku 2000, kiedy po raz pierwszy zakazano przez Jugendamt i sąd dwujęzycznego wychowania (Sąd Grodzki Gütersloh, sygn. akt 16 F 77/00 AG Gütersloh). Otrzymałam od Pani prof. dr Schwan oficjalne stanowisko popisane jako Koordynator Rządu Republiki Federalnej Niemiec ds. Niemiecko-Polskiej Współpracy Przygranicznej i Społecznej, w którym pani prof. dr Schwan zwraca się tylko do mnie pomijając wszystkie inne przypadki dyskryminacji polskich dzieci i rodziców oraz podkreśla, że ograniczenia używania j. polskiego pomiędzy rodzicami a dziećmi powinny zostać wydane tylko w przypadkach ekstremalnych, kiedy dobro dziecka w zrozumieniu Jugendamtów i sądów tego wymaga.” Podpisali: Monika Pokrzeptowicz-Meyer, Mirosław Kraszewski.


Opinia berliskiego adwokata


Mecenas Stefan Hambura pisze: „Zakazy te naruszają prawo wspólnotowo-unijne, między innymi art. 6 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE), który mówi o poszanowaniu praw człowieka i podstawowych wolności przez Unię. Naruszone zostają także art. 12 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską (TWE), który zawiera zakaz wszelkiej dyskryminacji ze względu na przynależność państwową oraz art. 21 Karty Praw Podstawowych Unii (KPP) zabraniający dyskryminacji jak i art. 22 KPP mówiący wprost o poszanowaniu przez Unię Europejską zróżnicowania językowego. W art. 149 TWE jest zapis, że działanie zmierza do rozwoju wymiaru europejskiego w edukacji, zwłaszcza przez nauczanie i upowszechnianie języków państw członkowskich, do których zalicza się oczywiście język polski.


Lebensborn - stworzone
w 1935 r. przez Reichsfuehrera SS Heinricha Himmlera "Stowarzyszenie Źródeł Życia", którego celem było prowadzenie pod kierownictwem Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS (Rasse- und Siedlungshauptamt, RuSHA) „hodowli rasy germańskiej” i zdobywania dla niej „przestrzeni życiowej” (Lebensraum)
[por. Wikipedia]

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (28):

Sortuj komentarze:

(+) przeciw germanizacji polskich dzieci. Nie pozwólmy by nie mogły mówić w języku polskim.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dnia 1 lutego 2007 w czasie spotkania przedstawicieli pokrzywdzonych polskich dzieci i rodzicow z Niemiec z przedstawicielami MSZ pani minister Fotyga i pan dyrektor Jasionowski zapowiedzieli poparcie i udzielenia pomocy rodakom w Niemczech ktorym ktorym zabrania sie urzedowo mowy polskiej.

Pokrzywdzeni rodzice traktuja to jako przelom,poniewaz poprzedni rzad nie respektowal praw dzieci polskich w Niemczech.O tych sprawach nalezy rozmawiac a nie zatajac,jak to robil byly ambasador pan Byrt.

Jako pokrzywdzony ojciec shcialbym zwrocic uwage na niepoprawnosc sformulowan w tym artykule,ktore to moga autora zdyskredytowac.
okreslenie - Germanizacja - w stosunlu do dzieci z mieszanych zwiazkow rodzicielskich jest niesluszne i przez Niemcow wysmiewane - bo jak mozna germanizowac obywatela niemieckiego.

Okreslenie,ktore stworzylem do uzytku w tych przypadkach to - nationale sauberung - wynarodowianie -znajduje sie obecnie w niemieckiej terminologii prawniuczej.

Germanizacja jest rzadsza i wystepuje w czysto polskich rodziunach zamieszkujacych w Niemczech.

Okreslenie - Lebensborn - nie pasuje tez calkiem do tego co sie z naszymi polskimi dziecmi robi w Niemczech,ale sie kazdemu kojarzy - nawet autorowi artykulu.

Zaznaczam ze wielu Niemcow traktuje uzywanie mowy polskiej , zarowno jak zadania nauczania j. polskiego dzieciom polskim jako objawy zachowan antyniemieckich.

Dlatego wlasnie apeluje do wszystkich europejczykow ,ktorzy chca mowic z wlasnymi dziecmi w swoim wlasnym jezyku aby napietnowaly takie postawy urzedow niemieckich.

M.K.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie jest prawdą Herr Thuringwethil, że: " Niemcy, jako naród lepiej rozliczyli się z przeszłością i nazizmem niż jakikolwiek inny naród biorący udział w wojnach" . Nazizm jest produktem niemieckim (made in Germany). Włosi zrobili to lepiej ze swoim faszyzmem.
Nie jest prawdą, że opisane sprawy "są tylko problemem rozbitych małżeństw". Problemów nierozbitych małżeństw nie zauważamy, bo nie wychodzą na forum. Bo matki nie chcąc utracić dzieci siedzą cicho i tłumaczą sobie że dzieci się wychowuje dla innych i nawet jak im jest źle, to przynajmniej dzieciom ma być lepiej. To z reguły niemiecki małżonek nie zgadza się na uczenie języka współmałżonka ,bojkotuje je i utrudnia. Rodzina, sąsiedzi i urzędnicy (nauczyciele) wspierają te działania, tłumacząc bezsens uczenia innego języka niż niemiecki. Broń Boże uczyć się pisać i czytać w domu przez 5- latki. I to po polsku? Do tego przecież jest państwowa szkoła!! Znam takie przypadki. Problemy społeczne, emocjonalne, więzi rodzinnych i problemy w nauce dzieci są już programowane przez brak akceptacji inności przez niemiecką większość.
Generalnie brak jest w niemieckiej części społeczeństwa (ok 60 mln /na 82 mln mieszkańców BRD ) woli nauczania języka mniejszości narodowych w BRD. Społeczeństwo nie jest monolityczne, tak jak np. w Polsce i porównania są nie na miejscu.
Ten problem jest już przez niektórych polityków D spostrzegany. Część tureckiej młodzieży nie umie dobrze ani niemieckiego , ani swojego języka. Błędnie ocenia się ten problem i stosuje się dodatkowe lekcje niemieckiego. Bez sensu i bez wyraźnego skutku (vide Pisa). W społeczeństwie z tak wielką ilością migrantów, celowo zamyka się oczy na wielokulturowość, twierdząc, że nie ma problemu, że to są tylko pojedyncze przypadki.

I jeszcze jedno. W niemieckich mediach mówi się o polskich "Einwanderer", wskazując palcem na migrację lat 1980, 1990. Jest to celowa polityka zmniejszania wartości praw migrantów w porównaniu z prawami mniejszości autochtonicznej.
Niemcy przechodzą do porządku dziennego nad faktem, że Polacy w państwie niemieckim żyją od samego początku istnienia Niemiec (1871), nad tym, że przy pomocy przymusu administracyjnego, terroru policyjnego i mordów praktycznie zlikwidowali w sposób fizyczny grupę autochtoniczną.
Powoływanie się teraz na to, że 90 % Polaków w Niemczech przybyła w ostatnich 20 latach, jest niesmaczne.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wizyta w MSZ

W czwartek, dnia 02.02.2007 o godzinie 15:00 ja wraz z innymi poszkodowanymi rodzicami zostaliśmy przyjęci przez Panią minister Annę Fotygę – był też obecny Pan prof. Muszyński oraz inni urzędnicy ministerstwa – m.in. dyrektorzy poszczególnych gabinetów.
Pani minister poświęciła nam ponad 2 godziny, głównie słuchając nas – sama już wiele doświadczyłam, ale relacje z upokarzania i zastraszania dzieci (oraz rodziców) przypominały mi filmy o okupacji.
Były to mrożące krew w żyłach historie!
Ja sama zdałam relację z moich kontaktów i niemieckimi politykami, którzy konsekwentnie unikają tego tematu i udawają, że problemu nie ma, bo o nim nie słyszeli. Jest to zrozumiałe, bo wszystko dzieje się w zaciszu sal przyjęć Jugendamtów, bez świadków.
A obecnie Jugedamty są tak pewne swojej bezkarności, że nawet pisząc do polskich konsulów – tak jak to jest w moim przypadku – twierdzą, że obstawanie przy nauce j. polskiego dla dzieci polskich jest absurdalne!
Zdałam relacje, jakich polityków informowałam o urzędowych zakazach używania i nauki j. polskiego oraz wspomniałam też o moim wystąpieniu na forum dyskusyjnym dnia 14.11.2007 (Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Niemczech, Berlin) dotyczącego przyszłości Trójkąta Weimarskiego, gdzie obecni byli m.in. ambasadorzy Polski i Francji (Pan dr Marek Prawda i Pan Claude Martin) oraz politycy niemieccy: sekretarz stanu niemieckiego MSZ, Pan Georg Boomgarden, pani prof. Rita Süssmüth, pani dr. Angelica Schwall – Düren, pan prof. Dieter Bingen i gdzie zwróciłam się z apelem o potępienie takowych zakazów oraz interwencję.
W MSZ wysłuchano naszych relacji oraz obiecano zajęcie się naszymi sprawami. Podobno zostały też podjęte konkretne działania. To dla nas bardzo pozytywny znak.
Obawiam sią jednak, że dojdzie do utworzenia niemiecko-polskiej komisji mediacyjnej – tak jak to było z rodzicami francuskimi. Członkowie tej komisji przez długi okres czasu zajmowali się (odpłatnie) problemami urzędowych zakazów kontaktów francuskich rodziców ze swoimi dziećmi (ze związków z niemieckimi partnerami), po czym – tak jak mi to potwierdziła pani dr. Schwall–Düren – komisja ta rozwiązała się nie tylko nie znajdując rozwiązania problemu, (co tylko przede wszystkim zacementowało ten patologiczny stan) i pogorszyło tylko sytuację dyskryminowanych dzieci i rodziców.
Boję się, że „rozmowy” ze stroną niemiecką - jawnie i bezprawnie (wbrew bilateralnym i międzynarodowym umowom) stosującą urzędowe zakazy polskiego i poprzez zakaz dwujęzyczności (konkretnie j. polskiego) urzędowo ogłupiającą nasze do tej pory dwujęzyczne dzieci opóźni rozwiązanie problemu, a ja zobaczę moje dziecko, gdy skoćczy 18 lat – jeśli wogóle będę umiała mu wytłumaczyć, że chciałam nie tylko je widywać ale codzinnie mieć czas dla niego.
Podsumowując – zostaliśmy z zainteresowaniem wysłuchani, potwierdzono, że problem dyskryminycji dzieci i rodziców istnieje, pierwszy krok został zrobiony – teraz z niecierpliwością czekamy, co dalej???
Czas biegnie...

Synku, ja mam dla Ciebie czas! Nie musisz cały dzień być pod obcą opieką i słuchać, że Twoja matka jest nienormalna i niedobra!
Nie wierz, że twój język - j. polski jest czymś gorszym i że przez to Ty jesteś gorszy lub Twoja matka jest człowiekiem gorszej kategorii.
Ja robię wszystko, żeby do Ciebie dotrzeć!
Czy możesz na mnie poczekać???

Beata Monika Pokrzeptowicz-Meyer
Tłumacz Przysięgły j. niemieckiego
Lektorka j. polskiego/ Uniwersytet Bielefeld/Niemcy
E-Mail: beata.pokrzeptowicz@uni-bielefeld.de
Tel.: 0049 (521) 106 3610 służb.
Tel. (kom.): 0049 (162) 3393843

Komentarz został ukrytyrozwiń

Faktycznie, Mirosławie, trochę zbyt obcesowo potraktowałeś tych rodziców.
Najważniejsze jednak, że po wystąpieniu minister Fotygi, jest nadzieja, że niemieckie urzędy przestaną bezkarnie pomiatać polskimi rodzicami i dziećmi. Na jedno chciałbym jeszcze zwrócić uwagę. W niektórych komentarzach pojawił się argument, że przecież Komisja Europejska zareagowała, więc w zasadzie nie ma sprawy. Temat jeśli nie zamknięty, to przynajmniej jest na dobrej drodze. Otóż pragnę zauważyć, że problem nie sprowadza się do jednego dnia z życia parlamentu (i rządu) europejskiego. Problemem jest to, że do dyskryminacji dochodzi w wielu przypadkach i od wielu lat. A dyskryminowane osoby zostawione są samym sobie. Przynajmniej tak było dotychczas.
Beata Pokrzeptowicz-Meyer, Mirosław Kraszewski, Wojciech Pomorski i tyle innych osób powinni być w sposób naturalny "łącznikami" między Polską, a Niemcami, "ambasadorami" obu kultur i rzecznikami pojednania.
Tymczasem, do czego ich doprowadzono?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Sorki, jeśli zbyt obcesowo potraktowałem tych biednych ludzi. Szkoda mi ich. Pewnie to jakaś zawiść przeze mnie przemówiła - w końcu wyjechali do lepszego świata a teraz im się jakiś świat zawalił. Do Polski i tak pewnie nie wrócą, bo wolą tam się użerać z demokratcyznymi Niemcami, niż mieszkać u demokratycznych Polaków.
A co mi tu radziło parę osób? *Jeśli Ci się nie podoba na W24, to możesz sobie znaleźć coś innego*...
Pewnie ci ludzie wygrają na zasadzie "jeśli telewizja wejdzie do urzędu i nagłośni to tę sprawę złatwimy", ale sposób traktowania Polaków leży w charakterze niektórych Niemcow, podobnie jak wielu Polaków traktuje Rosjan, Białorusinów, czy Rumunów. To takie... ludzkie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Polecam także to:
http://miasta.gazeta.pl/radom/1,35219,3881000.html

Komentarz został ukrytyrozwiń

Asen - Ty piszesz o szczęśliwych małżeństwach, a opisane przypadki dotycza małzeństw rozbitych. W takim przypadku chyba każdy kraj tylko czatuje na dzieciaka, które zostało z jednym z rodziców i wówczas są opisane, a nieprawne naciski. Opisana dziewczyna Laura znała dobrze niemiecki i wolała chodzić na chór. I nauczycielka sie dobrała do niej na zasadzie "podskakujesz, to my ci pokażemy". Powszechna zasada. U nas, jak podskoczysz w Redakcji to masz ten sam syndrom - pod dowolnym pretekstem nie puszczą tekstu. Tyle, że tam zajmą się tym odpowiednie władze, bo ktoś odszedł od procedur. Druga sprawa - ojciec chciał płacić za naukę j.polskiego, ale szkoła nie dała pomieszczenia. Nie przesadza? Jeśli płaci to niech uczy się w domu.
Inni rodzice w obawie przed Jugendamtem nie posyłaja dzieci na nauke jp. To jest inwigilacja? Nie mogą chodzić na naukę jp do zaprzyjaźnionego Polaka? A u nas jak jest z Ormianami i Weitnamczykami? Jak chcą się uczyć ojczystego j. to chyba mogą? Płacą i uczą się.
A u nas jeśli rozpada się małżeństwo polsko-wietnamskie albo polsko-kaszubskie to co się dzieje? Nie podobnie? Prze słuszna krytyka trzeba rzucić okiem na nasze podwórko.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Michał gratuluję! Byłeś zdaje się szybszy niż, jak mówią złośliwi der Dziennik i Nasz Dziennik. Nawet Ci nie podziękowali, ale nie przejmuj się podziękują Ci "skrzywdzeni i poniżeni":-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ilustracja powyższego (*Czekamy na wypowiedzi wybitnych niemieckich polityków*)
-
oficjalnie: pani w czerwonym już dziękujemy, bowiem zadała już parę interesujących pytań;
a na ucho do rzecznika: niech jeszcze jedno pytanie przekażą, byle nie od tej malpy w czerwonym.
Nigdy nie uczestniczyliście lub nie podsłuchaliście takich rozmów? Na naradach w kuluarach jest rozmowa robocza - kogo uziemić, a przy stole załatwia się elegancką odmowę - ma pan rację, ale...
I tak jest chyba wszędzie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.