Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

8977 miejsce

"Nienawistna Ósemka" - 8. film Tarantino, czy recenzja w tytule?

Tak jak George Miller zbudował cały film "Mad Max. Na drodze gniewu" na jednej, wyciętej z poprzedniego filmu scenie, przeciągniętej do pełnego metrażu, tak samo Tarantino postąpił w "Nienawistnej ósemce". Tam był to pościg - tu - rozmowa.

Kino Świat / Fot. Kino ŚwiatW obu przypadkach reżyserzy wycięli i rozbudowali ze swojej dotychczasowej kinematografii te sceny, które lubili najbardziej. O ile jeden wielki chaotyczny pościg Millera w nowym "Mad Maxie" skrzył się wartką akcją, a jego dialogi sprowadzały się do krótkich wrzasków (albo znaczących mrugnięć oczami), to u Tarantino jest zupełnie na odwrót - za scenę-film obrana została rozmowa. Film streścić można w jednym zdaniu – jak z kilku ludzi na początku filmu zrobić kilku mniej na końcu. Cała reszta to rozmowa między tymi, co żyją, a tymi, co za chwilę zginą. "Ósemka" jest powolna, rozciągnięta do dwóch godzin i czterdziestu pięciu minut, a dialogi ciągną się jak flaki (zamiast lakonicznych są flakoniczne).

Ale to u Tarantino nic nowego i w sumie dobrze. Twórca "Kill Billa" od zawsze zachwycał się w kinie dialogami. Pamiętne są ciągnące się rozmówki o "Like a Virgin" Madonny, czy o kolorach we "Wściekłych psach"; o piwie w McDonaldzie, czy o cudownej przemianie coli w pepsi w "Pulp Fiction". Dynamiczne sceny akcji - owszem występowały, ale głównie jako przebitki, czy nie do końca wplecione w akcję sekwencje – bez których Tarantino mógłby zdaje się żyć. Bardzo często jednak rozmowa miała u Tarantino tę samą funkcję retardacyjną, jak opisy w powieściach - reżyser szczególnie lubił przedłużać scenę konfliktu za pomocą pogawędek w najbardziej kulminacyjnym momencie – gdy alianci i naziści rozmawiają w piwnicy o whisky tuż przed spodziewaną strzelaniną; gdy upozowani na Ku-Klux-Klan biali farmerzy rozmawiają o krzywo uszytych maskach w "Django" tuż przed szarżą, gdy gangster namawia swojego pomocnika do wejścia do bagażnika w "Jackie Brown", czy wreszcie, gdy Czarna Mamba i Bill przy finałowym spotkaniu opowiadają sobie całe życie tuż przed pojedynkiem.

Ale dość o formie. "Nienawistna ósemka" Quentina Tarantino nie wnosi nic nowego do doktryny reżysera, a nawet cofa ją do sielskich, bezpretensjonalnych czasów "Wściekłych psów". Tarantino wyspecjalizował się bowiem w kinie zemsty i w ostatnich latach wpisywał je w coraz to odważniejsze nurty kina eksploatacji – a raczej kina emancypacji: blacksploitation w "Jackie Brown" i "Django", kino feministyczne w "Kill Bill i "Death Proof" (i znów "Jackie Brown"), czy odreagowanie Holokaustu w "Bękartach wojny". Jest to kino zemsty nie tylko w wymiarze fabularnym, ale i politycznym – prześladowane kobiety mordują same swojego prześladowcę, Żydzi zabijają Hitlera, a były niewolnik – właścicieli i nadzorców niewolników. Za każdym razem Tarantino stosował te same, mało wyrafinowane środki ekspresji (rozstrzelanie Hitlerowi głowy, przestrzelenie oprawcy jąder, czy złamanie karku), ale w ostatnich latach nabierały one nieco symbolicznego, buntowniczego charakteru.

"Nienawistna ósemka" wymazuje wszystkie poprzednie wątki doktryny Tarantino. Po pierwsze – feminizm – kobieta skazana na śmierć przez trzy czwarte filmu nie wiadomo za co – bita jest po twarzy, szarpana, a jej przykucie do mężczyzny ma charakter dosłowny. Po drugie – gubi się gdzieś wątek zwalczania rasizmu, Tarantino wypiera wręcz mexploitation, występujące u wspieranego przezeń kolegi, Roberta Rodrigueza, – tutaj Meksykanin jest zły głównie z tej przyczyny, że jest Meksykaninem. Ginie też wątek klasowego wyzwolenia z okowów – Samuel Jackson jest po prostu od zawsze wolnym łowcą głów, a Jennifer Jason Leigh – po prostu więźniem. Nie ma więc w filmie żadnej przemiany.

Kolejny raz wątek, a w zasadzie żart z motywem homoseksualnym ma charakter obraźliwy – kontakt, powiedzmy, płciowy, między dwoma mężczyznami nie ma charakteru dobrowolnego, ale przymusowy i kojarzy się z upokorzeniem przeciwnika. Nie powiedziałbym, żeby sprawdziła się też obsada - nominowana za tę rolę do Oscara i Globu Jennifer Jason Leigh "przeszarżowuje" swoją postać, Kurt Russell gra głównie... wąsem - a to on wszak u Tarantino stworzył jedną z kreacji życia w "Death Proof" i to on rewelacyjnie sprawdził się u Carpentera w "Coś", nomen omen też brutalnym thrillerze o kilku ludziach zamkniętych w niekorzystnych zimowych warunkach, wplątanych w gęstwinę wzajemnych podejrzeń. Tim Roth i Michael Madsen nie mają w ogóle pola do popisu, a nominowany kiedyś do Oscara Demian Bichir - po prostu się marnuje. Neutralnie wypada Walton Goggins. Bruce Dern i Samuel Jackson mają potencjał w jednej scenie, ale ze względu na jej zaskakujący, nawet jak jak na Tarantino zły posmak, nie wykorzystują jej w sposób przesadny.

Same minusy? Broni się u Tarantino chyba tylko sama forma – klimat westernu (poza skromną scenografią karczmy i strojami, tworzy go w zasadzie jedna scena w powozie, z zimowym pejzażem i muzyką Morricone w tle), tutaj wzbogacony przez dwa istotne elementy – przez dramaturgię a'la Agatha Christie (kto z ósemki jest zdrajcą? Występują oczywiście klasyczne elementy kryminału: trucizna, pistolet, a także koniecznie kilkoro ludzi w zamkniętej przestrzeni), czy dialogi a'la Tarantino właśnie. Problem wskazanych rozmówek jest taki, że w odróżnieniu od wcześniejszej siódemki, dialogi są naprawdę o niczym, żarty są po prostu słabsze, a cała magia tworzona jest tylko i wyłącznie dzięki intonacji Jacksona, który sprawdza się wszak nawet w odgrywaniu cudzych tekstów na You Tube. Tarantino reklamując "Ósemkę" jako swoje ósme dzieło, jednocześnie, nieświadomie, pozycjonuje je pośród pozostałych - pod względem wartości. Ostatni film jest na tle wcześniejszych obcy, niczym ósmy pasażer Nostromo.


Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.