Mój znajomy lekarz twierdzi, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko źle zbadani...
Jestem osobą niepełnosprawną. Miałam szczęście. Trafiłam na mądrych lekarzy, którzy poświęcili mi dużo uwagi zajmując się mną kompleksowo. Poza badaniami i odpowiednią rehabilitacją pomogli mi zaakceptować siebie, pogodzić się z tym, czego nigdy nie będę mogła robić. Przecież jest o wiele więcej rzeczy, które zrobić potrafię. Nie tracę więc czasu na użalanie się nad sobą. Pamiętam o ograniczeniach i staram się być aż do przesady samodzielna.
Niedawno zareagowałam dość neurotycznie, kiedy młody, dobrze wychowany człowiek podał mi mój płaszcz: Przecież potrafię się sama ubrać. Tak mocno zakodowałam sobie, że muszę być samowystarczalna, że wpadam w popłoch nawet wtedy, gdy ktoś traktuje mnie z należną damie atencją. Jak widać jest nam czasem trudno, ale z nami innym też nie jest łatwo. Cierpią też nasze rodziny. Czasem matka nie potrafi pogodzić się z faktem, że urodziła kalekie dziecko. Skąd ja to znam?
W roku 1993 leżałam na oddziale Rehabilitacji Ruchowej Krakowskiego Szpitala Okulistycznego w Witkowicach. Była to placówka szkoleniowa AWF. Mały szpital na 50 łóżek, bardzo ciężkie przypadki: jedna trzecia pacjentów ze stwardnieniem rozsianym, ludzie po wylewach, ciężkich wypadkach, w różnym wieku. Brakowało pielęgniarek.
Był tu taki zwyczaj, że pacjenci chodzący, często z trudem, pomagali, w miarę możliwości, tym na wózkach inwalidzkich. Podawałam obiady. Pomagali mi dwaj panowie. Na początku męczyłam się sama, ale oni usprawnili wydawanie posiłków tak, żeby ostatnia osoba nie była zmuszona jeść zimnych ziemniaków. Odbierali talerze ode mnie i podawali je dalej. Nogi nie były potrzebne, wystarczyły sprawne ręce. Uśmiechali się do mnie bez słowa.
Dopiero po dwóch dniach zorientowałam się, że nie mówią. Jeden z nich był po ciężkim wylewie, w połowie sparaliżowany, drugi kilkanaście lat wcześniej uległ poważnemu wypadkowi. Zrozumiałam, dlaczego lubili moje towarzystwo. Ja do nich mówiłam. Przez innych pacjentów nie byli zauważani. Skoro nie można było z nimi rozmawiać, nie liczyli się. Spędzaliśmy dużo czasu razem. Moja gadatliwość już nie była wadą. Znaleźliśmy sposób na porozumiewanie się. Ja mówiłam, a oni zaprzeczali, albo potwierdzali, taka dziecięca zabawa: na zadane pytanie odpowiada się tak lub nie. Pan po wylewie uczył się mówić. Po dwóch tygodniach potrafił powiedzieć „mama” i „tata”… Wolniej przebiegała nauka chodzenia.
Szpital był ciasny. Kobiety i mężczyźni mieli zabiegi w tych samych pomieszczeniach. Oddzielały nas tylko parawany. To trochę krępujące, gdy lekarz zalecił masaż wirowy i trzeba było rozebrać się prawie do naga. Pewnego dnia w szpitalu pojawił się nowy pacjent, więzień po jakimś ciężkim wypadku. Trochę się go bałam. Pech chciał, że miałam dużo zabiegów w tym samym czasie co on. Kiedyś stałam w wąskiej głębokiej „wirówce” zanurzona prawie po pas w wodzie. Wszedł, zajrzał za mój parawan i nietrudno się domyśleć, co usłyszałam. Usiłowałam zasłonić się ręcznikiem i wydostać się z wanny. Z pomocą przyszedł mi mój sparaliżowany znajomy. Nie wiem, jak udało mu się dotrzeć do mojego stanowiska. Zasłonił mnie nie patrząc w moją stronę. Obrzucił groźnym spojrzeniem intruza, i ten poszedł sobie.
A mój rycerz… Czasem, gdy jest mi ciężko, myślę o nim.