The HorrorsZ natłoku londyńskich zespołów wynurza się czasem zespół o urokach i talentach ponadprzeciętnych. I choć debiutancki "Strange House" do najbardziej uroczych płyt 2007 roku nie należał, nie można mu odmówić wielu innych zalet - mrocznej teatralności, spójności, klimatu podrasowanego Misfits i wybornej oprawy muzycznej. To była dobrze przemyślana całość - fascynujący image muzyków jak z taniego horroru i groteskowa, znakomita płyta.
A później fani The Horrors osłupieli przy drugim wydawnictwie - "Primary Colours", gdzie zamiast rodziny Adamsów, mamy odrodzone Jesus and Mary Chain, My Bloody Valentine, Ride i jeszcze kilka innych kultowych, shoegaze'owych gwiazd. Płyta kompletnie inna od "Dziwnego domu", z którego została już tylko pasja, agresja i technika, składa się już nie na historię, lecz na krajobraz dźwięków, na morze hałaśliwych przesterów i hipnotyzujących klawiszy. Ba, jest to płyta wstrząsająco dobra!
The Horrors zatrzęsą okolicą, cokolwiek wydarzy się na scenie, do którejkolwiek płyty sięgną. Warto się przygotować!
Teledysk do singla z drugiej płyty na dobry początek:
A place to bury strangersNo tak, nie wystarczy jeden hałaśliwy koncert na offowej imprezie, poza tym czym byłby festiwal bez jakiegoś hałasu z Nowego Jorku? No więc mamy A Place To Bury Strangers. Przypomina mi się ubiegłoroczne Health, które zagrało bardzo dobry koncert i wyskoczyło ponad poprzeczkę swoich wtórnych płyt. Nabieram optymistycznego przeświadczenia, że tym razem powodów do obaw nie ma. Najgłośniejszy zespół Nowego Jorku balansuje na krawędziach gatunków, sięgając i po zimnofalowe gitary rodem z The Cure (a czasem także wokale naśladujące ewidentnie Roberta Smitha), i po rzężące zagrywki w stylu Kevina Shieldsa, przemycając w to niepokój Sonic Youth i trochę psychodelii.