Facebook Google+ Twitter

Nieprzyjaciel Boga

W każdej legendzie czai się ziarnko prawdy, jednak mało kto stara się je wydobyć. Bernard Cornwell nie po raz pierwszy postawił przed sobą to niemożliwe zadanie, opowiadając historię o Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu.

Nieprzyjaciel Boga to drugi tom trylogii arturiańskiej autorstwa Bernarda Cornwella. Ten mieszkający w Stanach Zjednoczonych angielski pisarz postanowił opowiedzieć nam na nowo najpiękniejszą z brytyjskich sag – nie w formie jaką znamy z legend, ale w formie, która będzie najbliższa prawdziwym wydarzeniom leżącym u podstaw niesamowitych arturiańskich opowieści. Obraz, który w ten sposób autor przedstawia, może być szokujący dla nieobeznanego ze średniowiecznymi realiami i celtyckimi rytuałami czytelnika.

Narratorem opowieści jest Derfel, saksoński niewolnik, wychowany w domu Merlina, dawniej walczący dla Arutra, jego przyjaciel i lennik. Koniec swego żywota przeżywa w chrześcijańskim klasztorze, gdzie na życzenie królowej Igraine spisuje losy swego dawnego władcy i towarzysza broni. Jest świadomy, że królowa ze swym skrybą zniekształcą historię, lecz sam stara się przedstawić ją w możliwie niezakłamanej formie. W Nieprzyjacielu Boga opowieść Derfela zaczyna się na pogorzelisku bitwy pod Lugg, ciągnie się przez historię poszukiwania świętego celtyckiego kotła (najbardziej prawdopodobny pierwowzór legend o Świętym Gralu), wojnę z Saksonami, królewskie intrygi, chrześcijański krwawy bunt i ujawnienie słynnej z legend niewierności zakochanej w Lancelocie Ginewry.

Trzeba z całą stanowczością przyznać, że bezpośredniość i dosadność przedstawianych przez Cornwella realiów musi zasługiwać na uznanie. Nie ma tu ugrzecznień czy przemilczeń dot. omawianych postaci. Merlin nie jest tylko dobrotliwym czarnoksiężnikiem, ale druidem, kapłanem starszej wiary, który nie tylko używa swej mocy na korzyść Artura, ale robi wszystko to, co celtyccy kapłani czynili – odurza siebie i innych naparem z muchomorów lub moczem osoby, która owe muchomory spożyła, składa ofiary z ludzi, jeśli uzna, że jest to konieczne, niejednokrotnie jest cyniczny, a co najważniejsze, szczerze nienawidzi chrześcijan za to, że burzą stary porządek i oddalają Brytanię od jej „prawowitych” bogów. Co warto też zaznaczyć, chrześcijaństwo, inaczej niż w znanych nam legendach o Rycerzach Okrągłego Stołu, nie jest tu jedyną wiarą, która występuję w świeżo opuszczonej przez Rzymian Brytanii – tak więc oprócz wyznawców Jezusa i ludzi czczących bogów celtyckiego panteonu, na kartach książki spotkamy też wyznawców perskiego Mitry i egipskiej Izydy – religii niezwykle popularnych w ostatnich latach świetności całego cesarstwa rzymskiego. Na kartach książki wojownicy i druidzi z nerwicową pieczołowitością chronią swoje włosy i paznokcie przed dostaniem się w „niepowołane ręce”. Ozdoby ze zdartej ludzkiej skóry czy innych szczątków nie są niczym niezwykłym, a okrucieństwo wobec ludzi i zwierząt jest powszechne, o ile tylko zostanie uznane za „niezbędne” (co może także oznaczać „niezbędne” dla ludzi wierzących w nieprawdopodobne dla nas przesądy) lub dostarczy komuś satysfakcji – także protagonistom, którzy w legendach uznawani byli za cnych i nieomal bez skazy. Taka kreacja świata robi wrażenie, znacznie większe niż ciekawie opisywane na kartach książki intrygi dworskie czy opisy bitew. Oczywiście mógłbym przyczepić się tu do detali, np. to, że wyznawcy starych celtyckich wierzeń sami siebie określają mianem pogan – co jest nieprawdopodobieństwem, gdyż słowo „poganie” w języku łacińskim było określeniem obraźliwym znaczącym tyle co „wieśniaki”. Nie bardzo też wiem, do czego autor się odwoływał, gdy wspominał o saksońskiej krainie umarłych, którą władał bóg Thor (ze wszystkich znanych mi źródeł wynika, że saksońsko-geramańsko-skandynawską krainą umarłych władała bogini Hel, zaś najsilniejsi wojownicy umierający na polu bitwy trafiali przed oblicze Odyna w Walhalli). Niemniej, tak jak wspomniałem, to detale niepsujące niesamowicie sugestywnego świata opisywanego przez autora. Zresztą sam autor zapobiegawczo bronił się przed temu podobnymi zarzutami, mówiąc, że jego trylogia nie jest próbą zapisu historycznego, a jedynie tylko jeszcze jedną wariacją na temat tej fantastycznej sagi.

Postacie w książce nie są jednoznaczne i płaskie jak w średniowiecznych legendach, co zdecydowanie należy uznać za plus, choć w całym ich kontekście słabo wypada czasem aż nazbyt prostolinijna postać Artura - człowieka, który pragnie tylko sprawiedliwości, choćby miała ona być okrutna, ślepa i nie mająca nic wspólnego z idealistyczną sprawiedliwością wpajaną nam od dzieciństwa.

W fabule niestety nie brakuje przeraźliwie naiwnych elementów w stylu: mąż przybywa z bukietem kwiatów do swej żony, by odkryć, że ta go zdradza, w wyniku czego rogacz totalnie się załamuje. Jednak w kontekście całej książki, można autorowi nawet tak tanią, pachnącą latynoamerykańską telenowelą scenę przebaczyć.

W recenzowanym polskim wydaniu powieści zdarzają się niestety rażące błędy językowe. O ile do potknięć interpunkcyjnych (których niestety nie brakuje) przyczepiają się głównie pedanci, to komicznych literówek nie sposób zignorować. Czułem się trochę jak przy oglądaniu „Żywotu Briana”, gdzie sepleniący (a może „sepłeniący”?) Piłat przekręcał różne imiona Judejczyków... Tak więc wielokrotnie na kartach książki możemy przeczytać np. o ludziach Lancełota (przy czym ta śmieszna odmiana to ewidentny błąd, a nie dziwny wybór tłumacza, bo w innych miejscach tekstu pojawia się normalnie odmienione imię tegoż „bohatera”) – choć to można wybaczyć, w przeciwieństwie do włożenia w usta reprezentanta Artura wypowiedzi, iż jego pan może pognębionemu przeciwnikowi okazać... laskę. I tak oto nieznaczna literówka i brak poszanowania dla polskich znaków niewinny tekst i stały element negocjacji czyni wyrażeniem pełnym wulgarnych podtekstów.

Otrzymałem jedynie drugi tom trylogii arturiańskiej do recenzji od portalu wiadomosci24 i jestem z tego powodu zły. Choć egzemplarz tej książki otrzymałem za darmo to i tak zawartości moich kieszeni zostanie uszczuplonych na rzecz Instytutu Wydawniczego ERICA. Pomimo wymienionych mankamentów historia opisana przez Bernarda Cornwella tak mnie wciągnęła, że muszę teraz dokupić jej pierwszą część i czatować na trzecią. Bo z pewnością świeżo nawiązanej znajomości ani z tą serią, ani z jej autorem nie mam zamiaru zrywać.

Na zakończenie powiem tylko:
Niech żyje Artur i zjednoczona walijska Brytania! Niech żyją starzy bogowie, którzy przywrócą Brytom pokój! Na pohybel saksońskim psom i układającym się z nimi zdrajcom - także tym, którzy pod płaszczykiem miłości swego ukrzyżowanego boga i znaku ryby, podżegają do zdrad i wojen!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.