Facebook Google+ Twitter

Niesprawny jak strażnik miejski?

  • Źródło: Dziennik Łódzki
  • Data dodania: 2006-10-21 08:19

Jesteśmy słabo wyszkoleni, fatalnie wyposażeni, zmuszani do nakładania mandatów za wszelką cenę. To wszystko sprawia, że jesteśmy najgorszą strażą w Polsce – alarmują związkowcy z łódzkiej straży miejskiej.

fot. Dziennik ŁódzkiList otwarty przedstawicieli Związku Zawodowego Funkcjonariuszy oraz Pracowników Miejskich i Gminnych w Łodzi trafił do prezydenta miasta, wojewody, radnych, posłów, Najwyższej Izby Kontroli i wicepremiera Ludwika Dorna. Związkowcy twierdzą, że całemu złu winien jest Sławomir Seliga, komendant łódzkiej straży miejskiej.

- Jeśli mieli nadzieję, że odwołamy komendanta, to się przeliczyli. Związkowcy mają przede wszystkim bronić interesów pracowników, a nie wybierać sobie szefa - komentuje Karol Chądzyński, wiceprezydent Łodzi. - Zaprosiłem autorów listu na rozmowę i z kilkoma uwagami się zgadzam. Przydałby im się lepszy sprzęt i nowe samochody. Też chciałbym, żeby lepiej zarabiali. Wezmę to pod uwagę, ale trzeba pamiętać, że miejski budżet to nie worek bez dna - aby dodać strażnikom, trzeba zabrać innym. Pytanie tylko - komu?

Problem brzuszka


Związkowcy skarżą się, że szefowie organizują dla nich testy sprawnościowe, a przez całe lata "unikano szkoleń podnoszących naszą sprawność fizyczną. Motorem działania szefów Straży w tym zakresie było jedynie zdobycie poklasku u Prezydenta Miasta" - czytamy w liście. Zdaniem Sławomira Seligi, zarzut jest bezpodstawny. Test był i jest dobrowolny, a jego wynik nie ma wpływu na ocenę pracy funkcjonariuszy.

- Moi ludzie mają do dyspozycji salę, basen i saunę, ale korzysta z tego około 60 osób. Grają w piłkę, wielu występuje w ligach amatorskich - wylicza Seliga. - Inni spontanicznie umawiają się na siatkówkę, sporty walki, co w miarę możliwości opłacamy z funduszu socjalnego. Ustawa o naszej formacji nie nakazuje nam organizowania tego typu szkoleń.

Od przyszłego roku problem ma być rozwiązany, bo Karol Chądzyński obiecał, że miasto będzie opłacać funkcjonariuszom wynajem sali gimnastycznej. Ale w zamian testy sprawnościowe będą już obowiązkowe.

- Strażnicy często interweniują w czasie bójek, szarpią się z obywatelami "pod wpływem", więc muszą być sprawni, to nie podlega dyskusji - podkreśla Chądzyński. - Skoro sami nie potrafią się zmobilizować, dostaną salę. Ale nie chcę już widzieć żadnego funkcjonariusza z brzuszkiem.

Ile można tłumaczyć?


Kolejny, bardzo poważny zarzut, dotyczy zmuszania strażników do wystawiania mandatów za wszelką cenę. Zdaniem związkowców, "przerażająca w tym wypadku jest indolencja kadry zarządzającej SM, która zdaje się nie mieć świadomości, że działania, które mają na celu niemal wyłącznie dyscyplinowanie ludzi, na dłuższą metę skazane są na porażkę".

- To bzdura! Nigdy na to nie pozwalałem i nie pozwalam. Strażnik ma chronić i służyć mieszkańcom, a dopiero na końcu karać. Jeśli dowiem się, że przełożeni faktycznie zmuszają funkcjonariuszy do wystawiania mandatów, zostaną ukarani - zapewnia wiceprezydent Chądzyński.

Komendant Seliga wyjaśnia, że połowa funkcjonariuszy w ogóle nie nakłada mandatów, bo specyfika ich służby to wyklucza. Chodzi o strażników prowadzących akcje prewencyjne w szkołach różnych szczebli, pilnujących porządku przed placówkami oświatowymi, itp. Przyznaje jednak, że w niektórych sytuacjach kara finansowa jest jedynym sposobem, by łodzianie nie popełniali wykroczeń.

- Oczywiście, najpierw z reguły jest pouczenie, ale ile można tłumaczyć kierowcom parkującym na drogach przeciwpożarowych, że nie wolno? Albo handlarzom, rozstawiającym stragany w miejscach do tego nieprzeznaczonych? - pyta komendant.

Dobre i złe doświadczenia


Łodzianie mają różne zdania na ten temat. Dla pana Adama, właściciela firmy sprzątającej w centrum miasta, strażnicy to "krwiopijcy czyhający tylko, by wlepić mandat".

- Zima była straszna, odśnieżanie chodników było czasami syzyfową pracą, ale strażnikowi człowiek nie przetłumaczy. Dwa mandaty mi wlepili, czyli tysiąc byłem do tyłu - wspomina Adam. - Latem zaczęła się jazda ze zmywaniem chodników. Uczepili się jak rzepy, co dwa dni sprawdzali, czy było myte!

Więcej mandatów pan Adam nie płacił, ale przyznaje, że na widok strażnika dostaje dreszczy. - Może to śmieszne, ale zaczynam się ich bać. Proszę zrozumieć: nie zarabiam kokosów, a mandat mogę zapłacić za byle co - tłumaczy.

Łzami w oczach i błagalnymi prośbami uratowała się przed karą Bogumiła Włodarczyk. Na skwerku przy hotelu na al. Kościuszki sprzedawała śliwki.

- Z działki synowa przywiozła, sprzedawałam, żeby dorobić do głodowej emerytury. Niech ktoś spróbuje przeżyć za 900 złotych, kiedy leki kosztują połowę tego - tłumaczy pani Bogumiła. - Przecież nawet na ten mandat bym nie zarobiła, chociaż nie wiem, ile mi tam wyliczyli. Ubłagałam i dali spokój.

Inne doświadczenia ze strażnikami ma Ada Walczyk. Popełniła dwa wykroczenia: nie dość, że wjechała na ul. Piotrkowską (a zezwolenia nie posiada), to jeszcze zaparkowała. A strażnik zamiast wypisać mandat... zaoferował pomoc.

- Tata porusza się o kulach, jechaliśmy do lekarza, a przychodnia ma wjazd tylko od Piotrkowskiej. Wiedziałam, że źle robię, byłam gotowa zapłacić mandat - opowiada Ada Walczak. - Podjechałam, zaparkowałam i traf chciał, że zjawił się patrol. Wyjaśniłam o co chodzi, strażnicy pokiwali głowami, przypomnieli, że tu nie wolno i... zapytali, czy nie potrzebuję pomocy. Szok!

Trzystopniowa ocena pracy


Łódzcy strażnicy raz w roku są oceniani przez swoich przełożonych różnych szczebli: dowódcę patrolu, zmiany, kierownika referatu, dyżurnego, zastępcę komendanta i samego komendanta. Każdy dostaje opinię o sobie na piśmie; może się od niej odwołać, ale sporadycznie się zdarza, by ktoś z tego korzystał.

- Najsłabszych w rankingu wzywam na rozmowę, niekoniecznie od razu dyscyplinującą. Bo zdarza się, że dobry pracownik nagle się opuścił, gdyż ma kłopoty prywatne - twierdzi Sławomir Seliga. - Albo choruje mu dziecko. Różnie bywa, staram się poznać przyczynę słabszej dyspozycji. Kar nie ma, każdy ma pół roku, żeby się poprawić. Z reguły wykorzystują szansę. Jeśli nie, to wnioskujemy o zwolnienie.

Najlepsi w rankingu dostają premie. Nie są to duże kwoty, bo stanowią około 2,5 proc. pensji, w tym roku było to średnio 70 zł netto. Najsłabsi mogą liczyć na takie same premie, ale dopiero jak poprawią swoje wyniki.

Tymczasem związkowcy twierdzą, że system wynagradzania w straży jest niejasny i tajny. "Daje to maksymalną swobodę dysponowania środkami finansowymi oraz umożliwia powstanie koterii i partykularnych grup interesów" - napisali w liście. Zarówno wiceprezydent Chądzyński, jak i komendant straży zarzut o tajności płac uważają za bezzasadny. Bo w ustawie o straży miejskiej nie ma mowy o regulaminie płac, a tajność zarobków gwarantuje pracownikom ustawa o ochronie danych osobowych.

- Chciałem ujawnić zarobki, ale pod warunkiem, że każdy pracownik wyrazi na to zgodę. Na piśmie. Nie dostałem żadnej - zapewnia Seliga.

Początkujący strażnik zarabia 1,2 tys. zł brutto. Po zaliczeniu specjalistycznego szkolenia i egzaminu państwowego dostaje podwyżkę i premię (około 200 zł), do pensji doliczane są również godziny nadliczbowe. Średnio miesięcznie wypada po 8 godzin ekstra. Do płacy dolicza się także dodatki: stażowy i funkcyjny, nie ma natomiast premii za wyższe wykształcenie.

Na 259 pracowników prawie połowa ma dyplomy wyższych uczelni, a tylko 23 jest na etatach cywilnych (sekretarki, księgowa, sprzątaczki). Związkowcy wysunęli jednak zarzut, że w straży pracują ludzie bez mundurów, a zamiast na ulicy - siedzą za biurkiem.

- Wszyscy mają obowiązek patrolowania miasta, ale papiery też kiedyś trzeba załatwić - podkreśla Seliga. - Jedni robią to w tygodniu, inni przychodzą w soboty, ale biurko przecież muszą mieć.

Monika Pawlak

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.