Facebook Google+ Twitter

Niewiarygodna odyseja. Recenzja książki „Dziecięca arka”

Politycy chętnie fotografują się z dziećmi, ale gdy trzeba coś dla nich zrobić ważniejsza okazuje się władza i obłędna ideologia. O tym i bezinteresownej pomocy jest książka 'Dziecięca arka". Podczas lektury uronisz niejedną łzę.

„Dziecięca arka” Władimira Lipowieckiego, marynarza i dziennikarza jest książką pisaną jak powieść, ale opartą na faktach. Autorowi, ich ustalenie, zabrało dwadzieścia pięć lat. Utrwalił on od zapomnienia losy ośmiuset dzieci z Piotrogrodu (dziś Petersburg). Wyjechały one w kwietniu i maju 1918 roku na przymusowe kolonie, bo w mieście panował głód. Tam gdzie jechały żywności miało być w bród. Rzeczywistość okazała się brutalna. Wszędzie panował głód, aż po Władywostok. Mało tego, nie było ciepłych ubrań i odpowiedniego miejsca do zamieszkania.

Sowiecka władza nie zamierzała nic zrobić. Ważniejsze było co innego: najpierw walka ze zwolennikami caratu, następnie terror, by utrzymać się ster rządów, potem przygotowania do wojny z Polską. Ostatecznym celem było wprowadzenie komunizmu we wszystkich krajach, czyli realizacja hasła z Międzynarodówki: „Krwawy skończy się trud, gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród”.
Przy takich zadaniach losy ośmiuset dzieci nie były ważne. Jak mawiali wtedy i później wysoko postawieni Sowieci „Ludzi u nas dużo”.

Ucieczka przed głodem


W czasach, gdy władza nie ma litości nawet dla umierających z głodu dzieci czasem pojawiają się ludzie, którzy za wszelką cenę chcą je ratować. Rosyjskimi kolonistami zajął się Amerykański Czerwony Krzyż. Mieli swoje filie prawie na całym świecie. Gdyby nie działacze tej organizacji niewiele dzieci, by przeżyło.
Z dzisiejszego punktu widzenia sprawa wydaje się prosta jeśli na ten cel są pieniądze. Wolontariusze dostarczają żywność, ubrania i przewożą dzieci do rodziców. W czasach wprowadzania komunizmu nie były możliwe łatwe rozwiązania. Trwała wojna domowa, więc powrót krótką drogą lądową nie był możliwy. Amerykanie wynajęli więc japoński statek, który przewiózł dzieci z Władywostoku przez Japonię, Ocean Spokojny, kanał Panamski, Atlantyk do Europy.

Koloniści w sumie pokonali 40 tys. kilometrów, czyli tyle ile ma równik. Po drodze doświadczyli wielu przygód i zawiązali przyjaźnie na całe życie. Wrócili po 2,5 latach do Piotrogrodu, w którym sytuacja była jeszcze gorsza niż gdy wyjeżdżali.

Nie jak w bajce


Tak wyglądają suche fakty. Autor „Dziecięcej arki” opisuje tę podróż od strony przeżyć małych podróżników mimo woli. Problemów nie brakowało, chociaż było teoretycznie wszystko co do szczęścia potrzeba, gdy zajęli się nimi Amerykanie. Jednak nie było najważniejszego: kochających rodziców i rodzinnego miasta. Opiekowali się nimi wspaniali, ale jednak obcy ludzie.

Na statku było oprócz dzieci, jeszcze dwieście osób: wychowawcy, lekarze i inni pracownicy Czerwonego Krzyża oraz załoga statku: Japończycy, Amerykanie, Rosjanie, Austriacy. Nie brakowało konfliktów, ale na koniec podróży wszyscy byli przyjaciółmi.

Oczywiście Sowietom było nie w smak, że imperialiści ratują ich dzieci. Radziecka propaganda nie próżnowała. Amerykanie musieli przełknąć niejedną gorzką pigułkę, ale nie dało się skłócić kolonistów i ich dobrodziejów.

Dwuipółletnia odyseja zakończyła się szczęśliwie, ale nie jak w bajce. Nie wszyscy wrócili do domu, ich groby znajdują się na trasie wędrówki. Część dzieci nie zobaczyło już rodziców, bo umarli. Prawie wszyscy patrzyli z rozpaczą na swoje matki i ojców, którzy byli zniszczeni głodem i warunkami życia. Rodzice cieszyli z powrotu, ale i martwili się jak nakarmią swoje pociechy. One mogły wybrać bogate życie w Ameryce, ale wolały nędzę z kochającymi rodzicami.
Lektura tej książki sprawi, że inaczej spojrzysz na konflikty międzynarodowe i wojny. Zrozumiesz, iż wszędzie, w każdym zakątku ziemi, pomimo różnic kulturowych ludzie są w stanie porozumieć się, a nawet zawrzeć przyjaźń.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.