Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1447 miejsce

Niewolnicy w Białym Domu - nie tylko o przeszłości

Jednym z wielu dawnych grzechów USA jest niewolnictwo. Niewielu ludzi wie, jak powszechne było to zjawisko w Waszyngtonie, a przez to i w Białym Domu. Jeszcze mniej wie o tym, że pozostałości po nim widoczne są do dziś...

Amerykanie są dumni ze swojego narodowego hymnu i przy jego odśpiewywaniu mają w zwyczaju przeciągać fragment sławiący ich państwo jako "krainę wolności" (O'er the land of the free).

Jeśli nie wierzycie, posłuchajcie:

Niestety to określenie niezbyt pasuje do historii Stanów Zjednoczonych, na którą cieniem kładzie się okres niewolnictwa i segregacji rasowej... a która do dziś widoczna jest w Białym Domu.

 / Fot. nieznanyZacznijmy od stwierdzenia paru faktów historycznych:
- Tuż przy Białym Domu, na Lafayette Square, były zagrody dla niewolników.
- Zarówno przy budowie Białego Domu, jak i w wielu okresach jego funkcjonowania pracowało wielu z nich.
- Tacy prezydenci jak James Madison, Andrew Jackson czy Thomas Jefferson jeszcze przed objęciem swojego stanowiska byli w posiadaniu ludzi i przywozili ich jako asortyment ze swoich prywatnych gospodarstw. Jak wielu? Wiemy to na pewno w przypadku Jacksona, który do Białego Domu przywiózł 14 własnych niewolników. Z czego pięcioro... miało mniej niż 10 lat.

Można by rzec, że to przeszłość (niewolnictwo w Waszyngtonie zostało zniesione w 1862 r.), która przecież nie miała wpływu na dalsze funkcjonowanie rezydencji prezydentów USA… Ośmielę się nie zgodzić.

Nierówne traktowanie czarnoskórych obywateli nie zniknęło wraz z zakończeniem wojny secesyjnej. W wielu miejscach w USA praktykowano segregację rasową, a Biały Dom jest wciąż miejscem, w którym po dziś dzień daje się to odczuć, choć nie niesie to ze sobą tak negatywnych emocji jak dawniej.

Pogrążona w żałobie Jacqueline Kennedy w towarzystwie bliskiego jej personelu Białego Domu / Fot. zdjęcie pochodzi z książki Wielu odwiedzających po raz pierwszy rezydencję prezydenta zaskoczona jest tym, że znacząco przeważa tu liczba czarnoskórych służących (np. wszyscy kamerdynerzy są Afroamerykanami). Skojarzenie współczesnego Białego Domu z rezydencją typowego właściciela plantacji bawełny sprzed wojny secesyjnej było na tyle mocne, że w czasie wizyty Gorbaczowa postanowiono… usunąć na ten czas wszystkich czarnoskórych pracowników. Wszystko dla "dobra wizerunku Białego Domu" i unikania niechcianych komentarzy. Oczywiście od razu po wyjeździe prezydenta ZSRR czarnoskóry personel wrócił do pracy.

O dziwo nie zawsze tak było. Do rządów Roosevelta pracowali tam ludzie o jasnym i ciemnym kolorze skóry (choć to Afroamerykanie jako jedyni byli zmuszani do spożywania posiłków w kuchni), jednak pani Eleanor Roosvelt w czasie reorganizacji zarządzania Białego Domu (w celach oszczędnościowych) postanowiła zwolnić całą „białą służbę”. Oficjalnym powodem było założenie, że ludzie tej samej rasy lepiej się rozumieją, przez co sprawniej pracują. Jednak tajemnicą nie jest, że aż do 1963 r. czarnoskórzy pracownicy byli po prostu tańsi.

Kłamstwem byłoby też stwierdzenie, że byli zawsze dobrze i godnie traktowani. Za prezydentury Herbert Hoovera panowała zasada, że gdy zbliżał się prezydent lub ktoś z jego rodziny do jakiegokolwiek pomieszczenia, rozlegał się w nim potrójny dźwięk dzwonka i był to znak dla służby, by… ukryła się w najbliższym schowku. By zejść z ich oczu. Tam miała przeczekać, aż pokój znów będzie wolny i będzie można wrócić do swoich zadań. Te zasady zmieniały się w zależności od decyzji prezydenta i Pierwszej Damy, ale dość powiedzieć, że prezydent Kennedy był zszokowany, gdy na początku swojej kadencji wchodził do pokoju i widział, że pracownicy odwracają się do niego, podchodzą do ściany i wyprostowani, bez ruchu patrzą wprost na nią. Oni byli przyzwyczajeni do tak poniżających zasad panujących w Białym Domu, ale młody prezydent już nie i to za jego kadencji postanowiono zatroszczyć się o to, by personel w obecności prezydenta i jego rodziny mógł poczuć się swobodnie.

 / Fot. The Weinstein CompanyWspomniałem już, że do 1963 r. czarnoskórzy pracownicy byli tańsi, warto jednak wspomnieć, jak proceder ten został zakończony, gdyż dookoła niego narosło parę mitów. W nominowanym do wielu prestiżowych nagród filmie “Kamerdyner” zaprezentowano historię,w której to postać wzorowana na legendarnym kamerdynerze Eugenie Allenie walczyła o wyrównanie płac wszystkim pracownikom. Prawda jednak jest taka, że wszyscy czarnoskórzy kamerdynerzy solidarnie… odmówili udziału w potencjalnym strajku. Osobą, która postawiła się płacowej segregacji rasowej, był kierownik magazynu Bill Hamilton i to on namówił wielu Afroamerykanów do poparcia swoich postulatów. Czasy, w których się na to zdecydował, były bardzo niespokojne: Martin Luther King właśnie został zamordowany, wielu Amerykanów wyszło na ulicę i nierzadko dochodziło do starć z policją. Mimo to, tuż przed ważnym obiadem dyplomatycznym, udał się z popierającym go personelem do mistrza ceremonii J. B. Westem i zagroził, że jeśli płace nie zostaną wyrównane, goście nie zostaną obsłużeni. Ten wiedział, że nie będzie w stanie zebrać nowego zespołu, a jeśli jakimś cudem tego dokona, nie zdążą oni przejść weryfikacji ani niezbędnej kontroli. Oczywiście West wściekł się, ale inaczej niż to pokazano w filmie “Kamerdyner”, zgodził się na podwyżkę tego samego dnia, a tym samym, na zrównanie płac. Inaczej też, niż pokazano to w filmie, żaden prezydent nie interweniował w sprawie płac czarnoskórych pracowników.

Obecnie Afroamerykanie należący do personelu nie czują się ani gorzej traktowani, ani gorzej opłacani, a swoje miejsce pracy uważają za nader prestiżowe i nie chcą go zmieniać. Jedyną pamiątką po tych mniej sprawiedliwych czasach jest jednolity kolor skóry pracowników pełniących wybrane funkcje, który obecnie jest taki sam, jak aktualnie urzędującego prezydenta.

Chociaż... słysząc historie o tym, jak personel był traktowany np. przez prezydenta Lyndona B. Johnsona czy przez Pierwszą Damę Nancy Reagan, można posunąć się do stwierdzenia, że duch niewolnictwa niezupełnie został wykorzeniony z tego miejsca... ale te historie zasługują na osobny artykuł.

Paul Jennings / Fot. nieznanyNa koniec podam jeszcze taką ciekawostkę: pierwsze wspomnienia z życia w rezydencji prezydentów napisał nie żaden z prezydentów ani żaden z mistrzów ceremonii, a Paul Jennings, który był pracującym tam niewolnikiem.

 / Fot. wydawnictwo ZnakWszystkie historie, cytaty i relacje opisane w tym artykule zostały zaczerpnięte z książki „Rezydencja” autorstwa Kate Andersen Brower i oparte są w głównej mierze na wspomnieniach pracowników rezydencji prezydenta.

Ten artykuł jest drugim z serii publikacji dotyczących kontrowersji związanych z Białym Domem. Poprzedni:
- Brudny Biały dom - skandale seksualne... i nie tylko

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.