Facebook Google+ Twitter

(Nie)Znany artysta

Krakowski Rynek obfitujący we wspaniałe zabytki, przyciągający swym pięknem setki turystów jest doskonałym miejscem pracy, nie tylko dla restauratorów, ale także, a może przede wszystkim, dla różnej maści ulicznych artystów.

 / Fot. http://commons.wikimedia.org/wiki/Image:Krak%C3%B3w_-_Sukiennice_1.jpg licencja GNUW czerwcowy, piątkowy wieczór, gdy tylko dopisze pogoda, krakowski Rynek ożywa. Mieszają się i przeplatają dźwięki ulicznych grajków, milczenie mimów, skupienie i lekki szelest ołówków artystów, a przede wszystkim, śmiech i oklaski zwiedzających. Tym razem pogoda pokrzyżowała nieco szyki tak turystom, jak i zarabiającym na nich artystom. Godzina 19, wszyscy milkną, by wsłuchać się w dźwięki hejnału. Mijam tłum z zaciekawieniem wpatrujący się w grupę młodych chłopców, tańczących pod pomnikiem Mickiewicza. Odruchowo łapię mocniej za torebkę, bo jak to mówią "lepiej dmuchać na zimne". Okrążam Sukiennice w poszukiwaniu grajków czy grafików, lecz nikogo nie odnajduje. Dziś wystraszyła ich pogoda, bo choć jest bardzo ciepło zanosi się na deszcz i to już niebawem. Przechodzę obok dorożkarzy debatujących czy podnosić już budę, czy też jeszcze poczekać, bo może jednak nie będzie padać. Mijam ich i wchodzę na Floriańską, będącą ulubionym miejscem tutejszych artystów. I tym razem mnie nie zawodzi.

Gdzieś wśród nas

Mniej więcej w połowie ulicy, pomiędzy klubem muzycznym Voodoo, a sklepem odzieżowym Outlet, w bramie kamienicy naprzeciw sklepu z kebabami odnajduję pana Wiktora. Siedział na swoim małym, przenośnym stołeczku rozmawiając z młodym, zaprzyjaźnionym małżeństwem. Przystaję, a pan Wiktor szybko zaprasza: „Proszę, proszę, karykatury, portrety”. Kiedy odpowiadam, że ja trochę w innej sprawie zaciekawiony pyta mnie, o co chodzi. Niestety na dźwięk słów dziennikarz i reportaż o ulicznych artystach odmawia rozmowy. – Nie lubię mówić na ten temat. Bo wie pani, Kraków nie jest przyjazny artystom. Ja starał się, chodził po urzędach, wszędzie byłem. Prosiłem, ale nie chcieli mi dać. Muzyki mają, rozumie pani, ja nie. Bo ja jestem z Ukrainy, z Kijowa, ja mam tu tylko pozwolenie na zamieszkanie – Pan Wiktor Kochorenko*, jak można wyczytać z zawieszonej na drzwiach bramy małej, białej wizytówki, jest artystą malarzem. Z ogromnym żalem w głosie opowiada, że może malować tylko dlatego, że dogadał się ze sklepem, od którego odnajmuje skrawek miejsca w bramie. Siedząc na stopniu wskazuje na chodnik poniżej mówiąc "tu nie mogę malować". - Zaraz przychodzi Straż Miejska i daje kary. Mogę tylko tutaj, bo mam taką umowę ze sklepem – mówi artysta.
W tym momencie do pana Wiktora podchodzi młoda para wyraźnie zainteresowana jego pracą. Po krótkich ustaleniach dotyczących kosztów i formy portretu artysta przystępuje do pracy. - Pani siada, nie potrzeba stać - mówi pan Wiktor. - My będziemy stali. – Pani siada, bo inaczej ja też będę musiał stać, a niewygodnie tak w powietrzu malować. Zaczyna od kobiety, sadza ją na małym krzesełku, po czym sam zajmuje miejsce. Wyciąga rysownik, zakłada kartkę. Na kolana kładzie czarną ściereczkę. Zaczyna malować. Najpierw delikatny kontur, dobranie proporcji, rozmieszczenie portretowanych. Z minuty na minutę przybywa kolejnych kresek, cieni. Delikatne acz pewne ruchy wskazują na ogromne doświadczenie. Bez cienia wahania pan Wiktor przenosi na papier zaobserwowane twarze.

Nie przeszkadzając artyście, choć on skończył ze mną rozmowę, trwam dalej, jak zauroczona wpatruję się w to co robi. Dokładnie przyglądam się też miejscu jego pracy. Jest to zwykła, brązowa brama kamienicy, na której drzwiach pozawieszano przykładowe prace. W dwóch rzędach według ich typu widnieją karykatury i portrety zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Doczepiona jest też karteczka z czasem, jaki potrzeba na namalowanie: karykatura - 5 minut, portret - 7 do 15 minut. Choć pogoda wyraźnie nie dopisuje artyście, on wydaje się tym nie przejmować. Gdy zaczyna padać, wyciąga zielony parasol z napisem „Colorex” i rozkłada go, zaczepiając o kołatkę drzwi. Tak chroni swą pracę przed zmoczeniem.

Miła jest praca skończona (Cyceron)

Pracuje nadal z artystycznym zapałem. Partner kobiety z wyraźnym zadowoleniem podgląda efekty pracy. Ostatnie kreski, delikatne rozmazanie palcem i portret kobiety jest gotowy. Następuje zamiana miejsc, teraz czas na mężczyznę. „Ohne Brille”- pada z ust kobiety i odbiera od partnera okulary. Panu Wiktorowi widać nie robi to różnicy, on skupiony jest już na połączeniu portretu w całość. Maluje dalej. Najpierw głowa, potem oczy, nos, usta. Dalej kontur ciała, ubranie i na końcu uszy i włosy.

W trakcie powstawania obrazu podchodzi młody mężczyzna. Staje obok mnie i obserwuje. Po kilku minutach pyta malarza – Czy to jest węgiel?Tak – pada w odpowiedzi. – Ja z kolei ołówkiem maluję – mówi ciekawski obserwator. Z jego ust co chwila padają zapewnienia, że praca jest bardzo ładna, upomina też pozującego by zachował powagę. – Ale trochę odmłodził. Odmłodził, odmłodził – mówi do mnie mężczyzna. – Jest idealnie, super, ładnie, ślicznie, bardzo ładnie – mówi, jak się dowiaduję, Robert.

Po skończonej pracy, ostatnie szlify, spryskanie utwardzaczem. I kolejne dzieło gotowe. Gdy zostajemy sami, pan Wiktor decyduje się jednak opowiedzieć mi o swoim życiu i pracy.

Szkoda czasu na sen

Maluje całe życie, a tutaj w Krakowie 18 lat. Na Ukrainie, skąd pochodzi, nie było dla niego pracy. Jeździł po świecie, malował w różnych miejscach. Za namową kolegi przyjechał do Krakowa. Pan Wiktor z żalem mówi, że tylko w tym mieście jest zabronione malowanie na ulicy. Opowiada jak kiedyś mieli swoje miejsce pod Sukiennicami, lecz zostali stamtąd wygnani przez policję. – Zakaz był wszędzie, tylko nad Wisłą my mogli. Potem też i nad Wisłą zabronili. Potem zacząłem w bramie rysować. Zrobiłem reklamę taką – pokazuje mi kilka kolorowych karykatur na kartce formatu A3 – i łapałem ludzi. Ja po prostu polubiłem Kraków – dodaje z lekkim smutkiem w głosie. Dalej opowiada mi, że ma swoją pracownię w Kijowie, a tu jego pracownią jest ulica. W swoim życiu miał już kilka wystaw. Mówi, że Kijów też jest pięknym miastem, ma wiele zabytków, lecz one zostały zniszczone przez komunę. Teraz odbudowane potraciły swój urok. A tu w Krakowie pełno jest zabytków i taka atmosfera. Gdy zamieszkał tutaj, mówili mu, że to miasto jest zawilżone, lecz on nie miał żadnych objawów. Choć wszyscy jego rodacy chorowali w Krakowie, jemu nic nie było. Miasto przyjęło go jak swego. Wspomina, że w Kijowie jest jego mama i córka. Tłumaczy, że spędza tam zimy, w Krakowie pracuje, gdy jest ciepło. W swej ojczyźnie jest znanym malarzem, ma wystawy. Teraz planuje kolejną, tym razem w Polsce. – Głównie karykatury maluję, obcokrajowcy to płacą. Polacy troszkę biedniejsi . Pan Wiktor pokazuje mi album ze swoimi pracami. Są tam piękne obrazy olejne, pastele i grafiki. Coś zupełnie innego niż to, co tworzy na Rynku, jeszcze piękniejsze. Jego prace pełne są ekspresji, w stonowanych kolorach. Są to głównie pejzaże, ale też portrety i abstrakcje. – Ludzie mnie pytają dlaczego ja tu siedzę, przecież jestem ciekawy artysta, malarz. A ja po prostu to lubię. Tu jest moja pracownia. Ja mam swoje lata, ja wiem, że ta praca trzyma mnie troszeczkę przy formie. Ja muszę być zawsze taki uśmiechnięty, wesoły. A w pracowni to się troszkę starzysz. Choć ja mam trochę tego szału twórczego . Pan Wiktor opowiada, że najczęściej maluje karykatury. Miał kiedyś pomysł, by malować co kilkanaście lat portrety, by móc porównać, jak człowiek się zmienia. Przyznaje, że ma bardzo dużo swoich autoportretów, bo na nich uczył się malować portrety. Swój pierwszy namalował, gdy miał 13 lat. Malowanie jest pasją jego życia. Dlatego z żalem mówi o tym, że musi to robić nielegalnie. – Jest taki przepis, Straż Miejska mi kiedyś pokazywała. Plakatowanie w miejscu ludnym, wie pani, i za to mogą mnie ukarać. Wspomina, że choć miasto miało zorganizować miejsce dla artystów na Kazimierzu, zrezygnowało, bo w tym miejscu jest postój taksówek i ich właściciele nie zgodzili się na jego zmianę. Opowiada też, jak przez kilka lat dogadywali się ze Strażą płacąc im za przymykanie oka. - Kraków nie może znaleźć miejsca dla artystów. Nie wiem czemu.

Z wyraźnym smutkiem stwierdza, że Kraków, który uważa się za miasto artystów, tak naprawdę ich nie toleruje. Po chwili przyznaje, że na Rynku nie pracuje dla zarobku, lecz satysfakcji. Uwielbia to, choć czasem czuje się samotny. Na Floriańskiej spędza około ośmiu godzin, później pracuje jeszcze w domu. Gdy nie ma klientów, szkicuje swoje prace graficzne, by w pracowni już tylko je przenieść i doszlifować. - Śpię bardzo mało. Ja się tak przyzwyczaję od 15 lat. I mamusia moja tak spała, to ja pomyślał i ja też. Zawsze było szkoda czasu na sen.

Pan Wiktor na swoim skrawku w bramie trwa niezmiennie już od wielu lat. Prawie codziennie, gdy tylko nie jest zbyt zimno, przychodzi by tworzyć sztukę. Choć wielu z nas uzna, że to tylko zarobkowe rysowanie, on tworzy dla idei. Jest bardzo skromnym człowiekiem, dla którego malowanie jest całym życiem, to jego pasja, którą spełnia bez względu na przeciwności losu. A tych niestety jest wiele. Jeśli więc będziesz, Drogi Czytelniku, przechodził ulicą Floriańską, zatrzymaj się na chwilę i uśmiechnij, bo pan Wiktor jak zawsze będzie pełen optymizmu i z zapałem będzie tworzył swoje małe dzieła sztuki. A może i nam udzieli się ta radość życia, bo świat dzięki takim ludziom staje się piękniejszy.

* Imię i nazwisko na prośbę bohatera zostały zmienione.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Bardzo dobry tekst.

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo ciekawe!
Za kawał dobrej roboty +

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.