Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

16784 miejsce

Nikt nas nie przeprosił za Sybir. O zsyłce opowiada Kazimierz Kotowski

- Za wywózki, które zbierały śmiertelne żniwo nikt nas nie przeprosił - uważa Kazimierz Kotowski, szef elbląskich Sybiraków. Mija siedemdziesiąt dwa lata od początku sowieckich represji podczas wojny.

Krzyż Zesłańca Sybiru otrzymali wszyscy Sybiracy – mówi Kazimierz Kotowski, szef elbląskich Sybiraków / Fot. Grażyna WosińskaW sobotę przypada 72. rocznica agresji Sowietów na Polskę. Jest to dzień poświęcony Sybirakom, głównie tym z czasów II wojny światowej. Co roku jest ich coraz mniej. Jednym z nich jest Kazimierz Kotowski, szef Związku Sybiraków, oddział w Elblągu. NKWD wywiozło go ze wsi Gronostaje, koło Zambrowa 20 czerwca 1941 roku. Trafił z rodzicami i pięciorgiem rodzeństwa do sowchozu, oddalonego 120 kilometrów od Omska. Miał wtedy 10 lat. Do Polski wrócił jako szesnastolatek.

Głód i kopanie grobów


Kazimierz Kotowski chociaż był nastolatkiem dobrze pamięta sześć lat jakie przyszło mu przeżyć podczas zesłania. Najgorszy był głód. Pewnie dlatego pan Kazimierz nie zapomniał do dziś jaka była racja chleba.

- Dla pracujących 800 gramów, dzieci 400 gramów, a dla tych co nie pracowali 120 gramów - wylicza. - Ten chleb trzeba było wykupić za pieniądze zarobione
w sowchozie. Na nic więcej właściwie nie wystarczało. Staruszkowie, którzy nie mogli pracować zdarzało się, że umierali z głodu. Pomoc innych Polaków była niewystarczająca, bo sami niewiele mieli.

Obok głodu najstraszniejsze było kopanie grobów. - Dorośli pracowali i nie mieli czasu, a potem siły – wspomina. - Więc ta rola przypadła mnie. Dziś nie odnajduję słów, by wyrazić co wtedy czułem. Miałem niekiedy wrażenie, że to straszniejsze niż brak jedzenia.

Ryby na ratunek


Pewnie wszystkie rodziny zginęłyby z głodu gdyby nie możliwość łowienia ryb. Rodzice i starsze rodzeństwo musieli pracować – wspomina Kotowski. - Siłą rzeczy, ja zajmowałem się łowieniem ryb. Najpierw tylko na wędkę. Potem gdy byłem starszy stosowałem bardziej przemyślne sposoby. Nauczył mnie ich staruszek, Rosjanin.

Wikliny było sporo, więc to był podstawy budulec. - Robiło się z nich pułapki na dwie lub trzy ryby. Mój wędkarski guru nazwał je kłomkami - wyjaśnia pan Kazimierz. - Nauczył mnie też stawiać tzw. kotły. Z patyków robiło się takie ogrodzenie z małym wejściem. Tam już weszło więcej ryb.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Niezmiernie ciekawy artykuł, piękna - choć smutna - historia. Oby tego typu sytuacje pozostały zmorą przeszłości - nie przyszłości.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Podobnie jak Japonia do dzisiaj nie mamy podpisanego traktatu pokojowego, w którym można by spróbować zrekompensować choć trochę krzywdy jakich doznali:(

Komentarz został ukrytyrozwiń

To, co niektórzy ludzie musieli przeżyć, nie mieści się w głowie.Ciekawy artykuł.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.