Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

22529 miejsce

"Nimfomanka 1 i 2" , czyli kino seksploatacji [RECENZJA]

Von Trier jest i był zawsze autorem kina seksploatacji, którego główną cechą jest prześladowanie kobiet przez mężczyzn, a także psychiczna i fizyczna zemsta, odbierana również symbolicznie jako kara za kilkanaście tysięcy lat patriarchatu.

dystryutor: Gutekfilm / Fot. materiały promocyjneRecenzja dla osób powyżej 18. roku życia :)

Pobita kobieta trafia pod dach starszego samotnika i zaczyna mu opowiadać erotyczną historię swojego życia. Trudno powiedzieć, żeby coś ją ze słuchaczem łączyło, ona jest nastawiona na eksploatację swojego wnętrza, on z każdymi jej wyznaniami ucieka na zewnątrz, odbiera je jako problemy uniwersalne, gdzieś osadzone w kulturze, niekoniecznie dotyczące jego jako doświadczonego człowieka, ale jako erudytę.

Początkowo może się wydawać, że rozmowa Joe i Seligmana jest tylko konstrukcją fabularną dającą pretekst do opowiedzenia pornograficznej historii o odwiecznym, opisywanym w pracach naukowych, męskim śnie, czyli o tytułowej, nienasyconej seksualnie kobiecie, która sama chce stosunków płciowych. To ona zabiega o mężczyznę i to o byle jakiego, wystarczy, żeby był. On nie musi nawet o siebie, o kobietę, czy o swój wygląd dbać, może sobie czytać gazetę w pociągu, albo reperować motor, a i tak dostanie w prezencie seksualne zaspokojenie. Z czasem od opowieści ważniejszy zdaje się obrót spraw między słuchaczem a opowiadającą.

W pierwszej części Seligman wydaje się dziwakiem, trochę zanadto skoncentrowanym na wędkarstwie. O ile tzw. moczenie kija kojarzy się co niektórym seksualnie – u niego na odwrót, to seks kojarzy mu się z rybami. Obcowanie z naturą na długość półtorametrowej wędki podkreśla jednak jego dystans do natury podczas gdy Joe, nauczona od ojca, brata się z przyrodą np. przytulając się do drzew.

W drugiej części potwierdza się rozmijanie się bohaterów – Joe opowiada o doświadczeniu seksualnym, a Seligman potakuje, ale powołuje się na „Dekameron” i „Opowieści 1000 i jednej nocy” (zresztą nieprzypadkowo, o czym niżej). Wkrótce wychodzi na to, że Seligman jest prawiczkiem. To pierwsza tzw. Strzelba Czechowa. Skoro ona kocha się ze wszystkimi mężczyznami, a on nigdy z nikim, to pytanie czy do czegoś między nimi dojdzie, czy właśnie nie - jest uzasadnione.

„Nimfomanka” jest dobrze opowiadana, ale nie dzięki podziałowi na osiem rozdziałów, nie dzięki montażowi atrakcji, nie dzięki dziwacznemu zestawianiu obok siebie pozornie niewinnego bawienia się dziewczynek w żaby z odważnymi seksualnymi grami dorosłych. Te filmowe atrakcje są może nawet nieco przesadzone – von Triera ogląda się przez to jak pikantną komedię, a nie jako dramat – bo jak inaczej traktować scenę z techniką zaspokajania kobiety ręką zwaną „dziobem kaczki” zestawioną przez reżysera ze zdjęciem kaczki – i tak dalej. Jeżeli więc „Nimfomankę” ogląda się dobrze, to właśnie dlatego, że rewelacyjnie ją opowiadają główni aktorzy, narratorka Joe, czyli Charlotte Gainsbourg i jej komentator Seligman (Stellan Skarsgård). Gainsbourg już trzeci raz gra główną rolę u von Triera. W co najmniej dwukrotnie cytowanym w aluzjach „Antychryście” symbolizowała ona oddanie kobiety naturze, podczas gdy mężczyzna symbolizował kulturę. To klucz znaczeniowy do relacji Joe i Seligmana. Ile razy Stellan Skarsgård grał u Duńczyka - nie zliczę, ale najbardziej znaną jego rolą był niepełnosprawny (również seksualnie) mąż, który w „Przełamując falę” prosił żonę (Emily Watson), by opowiadała mu o swoich przeżyciach erotycznych, a że jako pobożna kobieta nie miała ich zbyt dużo, z wierności do męża stała się niewierna. To nie tylko gra z przyzwyczajeniami widza do definicji dobra i zła, Boga i szatana, ale też kolejny klucz – w "Nimfomance" Skarsgård znów występuje w roli biernego sprawcy, jedyne co może robić to słuchać o kobiecym doświadczeniu; ale bez niego jako słuchacza nie byłoby opowieści.

Po dwóch częściach „Nimfomanki” można skonstatować, że jest ona zabawą von Triera w ukazywanie psychiki kobiecej. Joe traci n.p. dziewictwo w dość niewdzięczny sposób, ale nie przeszkadza jej to zaraz potem ścigać się z koleżanką w ilościach odbytych stosunków. Zabawa von triera jest ryzykowna, nie można zapominać, że część przypisywanych tu kobietom cech może sprowadzać się do myślenia życzeniowego, ale drugą część same kobiety mogą uznać za trafne. Podkreślę, że to zabawa, bo o ile przez ogromną większość filmu można traktować problemy Joe serio, to na końcu zmienia się ich wydźwięk, to, co wydawało się takie, a nie inne zmienia sens, bohaterka popada ze skrajności w skrajność. W eskapistycznym zakończeniu von Trier zamienia też konwencję dramatu psychologicznego na tzw. twist movie, czyli film zaskakujący ostatnią sceną. Może to mieć całkiem pozytywny odbiór wśród szerszej publiczności, ale również może zawieźć krytyków lub widzów ambitnych.

Jako że ambicja nie jest ostatnio cechą statutową czytanego przez Was autora, a i krytykiem bywa on nieregularnie, dlatego końcowe zaskoczenie jest dla niego jak najbardziej do przyjęcia. "Nimfomanka" zapowiadała się od początku przereklamowana, zwłaszcza odnośnie pornografii filmowej. Przewidywania okazały się mylne. Pornografię przyjąć należy jako zabieg mający na celu wymuszenie kategorii wiekowej zarezerwowanej dla ludzi dorosłych. Nie chodzi o to, że młodzież nie ma dostępu do pornografii, bo ma, ale o to, żeby rodzice mogli ją sobie pooglądać w kinie sami, bez nieustannego oglądania się na siedzące obok dzieci, co w erotycznym kontekście wyglądałoby co najmniej podejrzanie. „Nimfomanka” nie jest filmem pornograficznym bardziej niż „Ostrożnie, pożądanie”, gdzie również widać było na ekranie prawdziwe stosunki seksualne – a to w celu podkreślenia oddania postaci grającej aktorkę wchodzącą w kolejne szkatułki aktorskich zadań. Tutaj ów twórczy dylemat zastąpiono ujęciami dublerskimi.

No cóż, tyleż dygresji padło w tej recenzji, (ani słowa o gwiazdach i debiutantkach) że możecie pomyśleć, że autor tekstu ucieka od tematu głównego, bo tak jak prawiący o kulturowym seksie seksu nie zaznał, albo co gorsza, prawi o kinie, a filmu nie widział. Dla tych złośliwców najsurowsza,Tarantinowska kara recenzenta – dowód, ze jest inaczej, czyli SPOJLER FILMU. Trzyipółgodzinna „Nimfomanka” przy całej jej niejednoznaczności, w ostatniej minucie staje się bardzo, bardzo jednoznaczna. Von Trier jest i był zawsze twórcą zakorzenionym w kinie roboczo nazywanym kinem seksploatacji, którego główną cechą jest seksualne prześladowanie kobiet przez mężczyzn i ich psychiczną i fizyczną zemstę, odbieraną tu jako karę za kilkanaście tysięcy lat patriarchatu i zapowiedź nowej ery.

Biedny – niebiedny Seligman jako uosobienie męskości (zredukowanej, ale nadal) poniesie karę za to, że jest mężczyzną. Również fakt, że Joe opowiada historię, a nie widać jej "na żywo" może sugerować, że została ona w całości wymyślona po to, by Joe- już nie jako postać, ale jako symbol kobiety - mogła zapomnieć o Seligmanie takjak Szeherezada o sułtanie - symbolu mężczyzny odpowiedzialnym za odwieczne uprzedmiotowienie kobiety i inne wszelkie względem niej przewinienia, symbolizowane tu przez pobicie, którego również "na żywo" nie widzimy. To zrównuje ideologicznie najnowszy film von Triera z "Django" i "Bękartami wojny" wiadomo którego reżysera. Trochę to inne zakończenie niż się po von Trierze oczekiwało, ale jednego można być pewnym: reżyser, który pokazał już wszystko, bo i antyczną sztukę, i filmowy teatr bez scenografii, i kino Dogmy'95, i musical, i film satanistyczny, i apokaliptyczny - dalej zaskakuje.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.