Facebook Google+ Twitter

"Nirvana - MTV Unplugged". To ja zabiłem Kurta Cobaina

W dzisiejszej recenzji skupię się na trzech kwestiach, mianowicie: koncerty wydawane na DVD, MTV i Nirvana. Musicie przyznać, że to ostatnio bardzo rzadkie tematy rozważań…

 / Fot. mat. prasoweW dzisiejszej recenzji skupię się na trzech kwestiach, mianowicie: koncerty wydawane na DVD, MTV i Nirvana. Musicie przyznać, że to ostatnio bardzo rzadkie tematy rozważań…

Dlaczego tak jest? To proste, żadna z tych rzeczy w popularnym obiegu po prostu nie istnieje.

Powiecie, że to stwierdzenie na wyrost. Jednak zastanówcie się przez chwilę. Kto kupuje koncert na płytce zamiast kupić bilet? „Psychofani”. Kto ogląda MTV? Rozkapryszone i leniwe nastolatki. A kto słucha Nirvany? Te same rozpuszczone stwory. Dla nich wszystkich nie ma miejsca w poważnych dysputach o muzyce i popkulturze. Nie bierze się ich na serio. Według mnie, w tym tkwi cały problem…

Oczywiście nie jestem fanem koncertów wydanych na DVD, po prostu nie widzę w tym żadnego sensu. Wolę poczuć muzykę na żywo, być tam razem z ulubionym zespołem. Mimo to, potrafię zrozumieć tych, którzy takie dobra zakupują, ale to tylko w dwóch przypadkach. Po pierwsze, jesteś maniakiem danej kapeli, masz z nimi plakaty, całą dyskografię na CD, kasetach, winylach, ręcznie malowane okładki płyt, znasz wszystkie ich przeboje „po jednej nutce” i nosisz stringi z ich logo. Drugi przypadek to ten, w którym nie jesteś „psychofanem”, a jedynie sentymentalnym dzieckiem, które było na tym festynie i chce zachować tę chwilę nie tylko w pamięci, ale również na czymś mniej ulotnym. To jeszcze da się pojąć. Ale żeby to kolekcjonować? Starać się o rabaty na te produkty? Nie. Jedź na koncert i baw się o niebo lepiej niż przed telewizorem z dolby surround. Zapytasz: „co jeśli nie mogłem być na tym koncercie, bo odbywał się w 1993 roku?”. Wtedy przytaknę ci, tylko wtedy, gdy ten koncert jest kultowy. Nie tylko dla ciebie, ale w ogóle, dla muzyki, dla świata. I w tym momencie wkracza MTV i Nirvana.

„Unplugged In New York” Nirvany, nagrany dla MTV 18 listopada 1993 roku to koncert, który bez obciachu możesz mieć na swojej półce, niezależnie od tego ile masz lat i jakiej muzyki słuchasz. Nawet wtedy, gdy spluwasz zawsze wtedy, gdy pomyślisz o „grunge nastolatkach”, nie mówiąc już o momencie, kiedy spotykasz ich na ulicy. Jest pewien pokoleniowy problem z legendą Kurta Cobaina i z jego zespołem. Nie chciałbym go rozwiązywać na łamach tej krótkiej recenzji, ale pozwólcie, że wyrażę swoje skromne zdanie na ten temat.

Otóż wszyscy „starsi”, którzy w młodości słuchali namiętnie „Smells Like Teen Spirit” uważają, że słuchanie przebojów grupy z Seattle powinno zakończyć się wraz z ukończeniem gimnazjum, góra liceum, no najpóźniej już na pierwszym roku studiów, kiedy to spotyka się nowych znajomych, którzy są na tyle kompetentni, że wprowadzą cię w „nową falę rocka studenckiego”. Sam kiedyś należałem do takiej grupy, tyle że ja, byłem bardziej radykalny. Uważałem, że Nirvana kończy się z końcem podstawówki. No bo ile można słuchać jednej piosenki, na pioruny Zeusa? I ile można nie myć swoich długich włosów, które przylepiają się nawet do flanelowej koszuli. Trwałem w takiej „grunge’owej stagnacji”, do momentu, w którym zrozumiałem istotę muzyki jako takiej. Odkryłem wtedy, że wszystko jest POP.

Uwolniłem się od wszelkich subkulturowych bredni i z czystym sumieniem mogłem powrócić do popowego „Nevermind”, czy zadziornego „Bleach”. Olałem „legendę Kurta, narko-emo chłopca” i doszedłem do wniosku, że to okropnie fałszywy obraz, który pielęgnują kolejne pokolenia. Zobaczyłem w nim bystrego gościa, który miał niezwykłą łatwość do pisania przebojowych, melodyjnych piosenek. Koncert w Nowym Jorku pokazuje, że za maską głośnych gitar, nerwowo terroryzującą perkusją i pulsującym, wyraźnym basem, które słyszymy na albumach studyjnych, kryją się niezwykle melodyjne i „ciepłe” nuty.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Koncerty na DVD albo CD są też dobrym sposobem na zapoznanie się z najlepszymi piosenkami danego zespołu zanim kupi się jakikolwiek normalny longplay. Mozna też po części zobaczyć jak dany zespół gra na żywo jeśli chodzi o np. aranżacje, efekty itd. Nie trzeba być "psychofanem" nawet w tym dobrym znaczeniu, żeby któryś z takich koncertów kupić. Wyjazd na koncert za granicę może być dla niektórych np. zbyt dużym wydatkiem. Mi się udało zaliczyć trochę tych koncertów ale tylko w Polsce. Opróćz tego zgadzam się z tym, zę nie trzeba być jakimś zuniformizowanym przedstawicielem subkultury, żeby słuchać danej muzyki. Niektórym długie włosy po prostu nie pasują :P

Komentarz został ukrytyrozwiń

gościu, jeśli nie odczytałeś tej recenzji z pewnym dystansem, to rozumiem Twoje "oburzenie". Dlaczego termin "psychofan" od razu źle Ci się skojarzył? Dla mnie to ktoś, kto ma pozytywnego "bzika" na punkcie danego zespołu, a to że opisałem ich trochę w krzywym zwierciadle nie znaczy, że coś do nich mam. To taka forma recenzji. Może właśnie to mi zrobili rodzice, że mam inne poczucie humoru od Twojego. I nie broń mi proszę, pisać o własnych odczuciach w takiej formie, w jakiej sobie wymyśliłem. I na koniec, fakt jest taki, że większość społeczeństwa takich płyt nie kupuje, tylko takie osoby jak Ty - "psychofani".

Komentarz został ukrytyrozwiń
gosc
  • gosc
  • 28.05.2012 10:23

wow, czlowieku. Ja sie pytam co takiego zrobili Ci rodzice? jak mam koncert na plycie swojego ulubionego zespolu to jestem "psychofanem"? nie! mam go, bo lubie sluchac wystepow live, ktore w wykonaniu tego zespolu sa zajebiste. I mowisz tak, jakby majac koncert na plycie, nie jezdzilo sie na koncerty. Nie opisuj swojego przypadku-opisz spoleczenstwo.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.