
Nie mam innego wyjścia - muszę podzielić się kolejnymi spostrzeżeniami na temat tzw. "afery licencyjnej". Nie tylko dlatego, że to w ostatnim czasie aktualny i bardzo modny temat, ale to mój obowiązek jako rodowitego łodzianina, kibica i piłkarza ŁKS. Chyba nikt w mieście nie powinien pozostać obojętny w sprawie oszustwa, jakiego dopuścił się PZPN. W szczególności osoby pozostające najbliżej "kipiącego kotła".
Wszyscy wiemy jak się zaczęło. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo urządzona propaganda - o której jeszcze napiszę w dalszej części wpisu - dała się we znaki kibicom z całej Polski siejąc zdezorientowanie oraz złość - głównie na "Rycerzy Wiosny". Największe stacje telewizje w kraju emitując materiał o aferze wciąż przypominają "o ŁKS, który nie dostał licencji na grę w Ekstraklasie za niespełnienie wymogów, jakimi są (ogólnikowo): porządny stadion i brak długów". Wszystko ładnie i elegancko, tylko że w takiej sytuacji bezstronni obserwatorzy pomyślą sobie, iż na obiekcie przy al. Unii 2 ludziom na głowę sypie się gruz, zawalają się schody, a brak dachu skazuje fanów "Rycerzy Wiosny" na łaskę matki natury. Dodatkowo obraz łodzian psuje wyobrażenie o milionowych długach. Jak jest naprawdę? Zupełnie inaczej!
Degradacja za odrapany płotekStadion Łódzkiego Klubu Sportowego z wyglądu nie przypomina obiektów średniej klasy europejskiej. Ba! To nawet nie jest dolna półka niższych lig w Niemczech, Anglii, czy Francji. Jednak jest jedno "ale". Na każdym meczu ŁKS władze klubu i miasta potrafią zapewnić ludziom obserwującym widowisko komfort i bezpieczeństwo. Piłkarze mają profesjonalne warunki do wykonywania swojego zawodu. Dziennikarze spokojnie mogą robić to, co czynią najlepiej. Pewnie zapytacie: "to do czego przyczepiła się ta komisja?". Zabrakło lodówki w pomieszczeniu do kontroli antydopingowej, pomalowanego płotu i nie działały dwie kamery. W sumie... jakieś dwie godziny roboty i 1000 zł wydatku.
Osoby kontrolujące obiekt były nieugięte i nakazano podpisanie umowy z rezerwowym stadionem. W przypadku ŁKS to miała być bełchatowska "Brunatna Arena" spod znaku sympatycznego mamuta przy ul. Sportowej 3. Niestety, działaczom nie starczyło już na to pieniędzy i informacja o rzekomych milionowych długach (czyli sam czynsz dla GKS-u za ich 7-tysięcznik) Łódzkiego Klubu Sportowego poszła w świat. Nikogo już nie obchodziło, że wszystkie należności zostały spłacone miesiąc przed wybuchem afery. Prezes biało-czerwono-białych Roman Gałuszka, który był odpowiedzialny za wypełnienie wniosku licencyjnego, musiał jakoś się ratować. Dlatego, aby zapełnić dziurę budżetową w rubrykę "dochody" wpisał tą nieszczęsną dystrybucję czterech milionów litrów napoju energetycznego "eŁKSa Super Drink". Tak oto ponad 100-letni klub został wykluczony z Ekstraklasy, czyli grona najlepszych drużyn w kraju i pozbawiony premii w wysokości ok. 2 milionów złotych.
"Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień"W całą sprawę wmieszała się Cracovia, która ze sportowego punktu widzenia już dawno powinna przygotowywać się do rozpoczęcia sezonu w I lidze. Niestety, szefowie klubu z Krakowa zwietrzyli szansę na uniknięcie degradacji cudzym kosztem. Rozpoczęli działania mające na celu pogrążenie ŁKS. Liczne telefony do PZPN, prośby, groźby, wywiady w mediach stawiające łodzian w złym świetle spowodowały znaczne pomniejszenie szans 7. drużyny w kraju na otrzymanie licencji. Prof. Filipiak i jego podwładni pozwolili sobie na za dużo. Doszło nawet do sytuacji, w której czterech prawników złożyło doniesienie do prokuratury o... przeciąganiu całej sprawy. Paranoja.