Facebook Google+ Twitter

No to MATA mecz!

Wystarczyło, że panowie Mourinho oraz Benitez opuścili Premier League i angielska ekstraklasa odzyskała swój stary, dobry smak. Ostatnie derby pomiędzy Chelsea i Arsenalem są symbolem tej zmiany.

Żadnego kunktatorstwa, piłkarskich szachów - tylko wymiana ciosów, akcja za akcję, strzały, bramki - jednym słowem piłkarskie emocje. Ostatni raz takie mecze widziałem oglądając z nostalgią stare sezony Premier League, kiedy prym w lidze wiedli młodzi: Robbie Fowler oraz Alan Shearer. Wydawało się, że te czasy już nieodwołalnie odeszły do lamusa, i zastąpione zostały przez zabijającą piękno sportu, dyscyplinę taktyczną oraz presję wyniku.

To było kompletne wariactwo! Przecież tutaj nikt się nie liczył z defensywą. Już w pierwszych minutach gospodarze powinni objąć prowadzenie: Chelsea z olbrzymią łatwością przedostawała się pod pole karne Arsenalu, potwierdzając słabość defensywy Arsenalu. Nie ma się czemu dziwić, w lidze tylko Blackburn straciło więcej goli. Goście byli jednak bliscy zdobycia pierwszego gola:
najpierw Gervinho, a potem Van Persie kolejno zmarnowali swoje okazje.

Chelsea zaś, postanowiła udowodnić, iż w powiedzeniu "niewykorzystane sytuacje lubią się mścić" tkwi olbrzymia mądrość i błyskawicznie ukarała Arsenal. Najbardziej bramkostrzelny pomocnik Premier League znalazł się niepilnowany w polu karnym, a w takich sytuacjach Lampard się nie myli. 1:0 dla Chelsea! Czyżby kolejne 8:2? Gdyby trenerem był Jose Mourinho, to może by i tak było, ale jest Mourinho II, a ten nie dba o grę defensywną swojego zespołu. Portugalczyk oczekuje od swoich podopiecznych ofensywnej, ładnej dla oka gry i ustawia obronę bardzo wysoko. Grzechem byłoby nie skorzystać z tego prezentu, mając w drużynie takich piłkarzy jak Walcott czy Van Persie. I to właśnie Holender doprowadził do wyrównania, strzelając do pustej bramki, po koronkowej akcji Kanonierów. Cała akcja zaczęła się od fantastycznego podania Aarona Ramsey'a, który zaczyna przypominać Cesca Fabregasa, z sezonu, w którym Arsenal zagrał w finale Ligi Mistrzów przeciwko Barcelonie.

Gdyby Arsenal utrzymał dobry rezultat do końca pierwszej poły - nie byłby jednak sobą. W 45. minucie, "Kanonierzy" w nonszalancki sposób stracili bramkę. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na kolejną samobójczą bramkę, ale strzelcem okazał się niezniszczalny John Terry. Kolejny mecz wymykał się z rąk Wengerowi: wszystko wskazywało na to, że w drugiej połowie bramki będzie strzelać tylko jedna drużyna. I nie będzie nią Arsenal.

Trudno więc wyrazić moje zdziwienie, kiedy Arsenal na początku drugiej połowy znowu prowadził - 3:2! Strzelić dwie bramki, w takiej sytuacji, w takim momencie, w takim meczu, przeciwko takiej drużynie, na takim stadionie, w tak krótkim czasie. Oj, takiego Arsenalu dawno nie widzieliśmy! Andre Villas Boas postawił wszystko na jedną kartę, wszyscy ruszyli do ataku. Nic nie było jeszcze przesądzone, każdy wynik był możliwy. Zahipnotyzowani fani wpatrzeni w monitor telewizora, o mało nie dostali oczopląsu, tak szybko zmieniały się wydarzenia na boisku. Podekscytowany Andrzej Twarowski krzyczał: "No to Mata mecz" nawiązując do pomocnika Juana Maty. Nic dodać ni ująć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.