Facebook Google+ Twitter

Noc i dzień na Kilimandżaro - cz. III

Idziemy wolniej i wolniej. Lava Tower, przez którą mamy przejść, zasnuwa mgła. - Jak wysoko jesteśmy? - to pytanie powtarza się jak mantra. - 4300 metrów. - 4400 m. - Prawie 4500 m. Ciągle za mało.

Wyruszamy z obozu Shira / Fot. Elżbieta WiejaczkaPrzed pójściem spać robię w namiocie przemeblowanie. Materac przesuwam na środek, plecaki pod ścianę - tym sposobem przynajmniej z jednej strony będę osłonięta od chłodu. Ubrania pakuję do worków, żeby nie nabrały wilgoci, a potem zasuwam szczelnie namiot i wślizguję się do śpiwora. Lubię jego puchowy zapach, kojarzy mi się z bezpieczeństwem. Czapka leży w zasięgu ręki, podobnie jak rękawiczki. Na wszelki wypadek. Zwinięty polar spełnia funkcję poduszki. Jeszcze przez chwilę studiuję suahili, ale kiedy drętwieją mi dłonie, gaszę światło i wrzucam latarkę do śpiwora. W nogi, tam gdzie schowałam już telefon i akumulatory od aparatu. Na tej wysokości przymrozek nie jest rzadkością, dlatego trzeba chronić baterie przed zimnem. Podobnie jak samego siebie.

Z zewnątrz dobiega mnie pobrzękiwanie naczyń i głośne rozmowy Tanzańczyków. „Wacha dededede!”, wołam do nich z wnętrza namiotu i nasłuchuję śmiechu. Hamadi nauczył mnie kiedyś tego zwrotu na wypadek, gdybym nie mogła zasnąć z powodu hałasu. Znaczy mniej więcej tyle co: „Koniec plotkowania!”.

Pamiętam swoją pierwszą noc na tej wysokości, to było prawie trzy lata temu. Wchodziłam wówczas trasą Marangu, powszechnie zwaną „Coca-Colą” ze względu na jej mniejszą trudność. Teraz idziemy Machame czyli „Whisky”. Męska trasa, można powiedzieć. Sto kilometrów - zamiast sześćdziesięciu czterech. Spanie w namiotach - a nie w drewnianych chatach. Teren jak sinusoida, niekończące się wejścia i zejścia - kiedy na trasie Marangu idzie się tylko w górę.

Ale mówią, że taki wysiłek lepiej aklimatyzuje.

Moja pierwsza w życiu noc na wysokości 3700 m n.p.m. wydarzyła się w obozie Horombo. Spałam - pamiętam - na dolnym łóżku naprzeciwko drzwi. Obudziło mnie serce. Moje własne. Kołatało potwornie. Podniosłam się próbując je uspokoić, a zaraz potem wstałam, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. „Niedobrze mi”, pomyślałam.
Wróciłam do chatki po polar i ruszyłam w stronę łazienki. Przed jej drzwiami stały jeszcze dwie osoby. „Nie wytrzymam”, przemknęło mi przez myśl. Ale kiedy nadeszła moja kolej, rewolucja w żołądku ustała. Odczekałam chwilę, po czym - zdumiona nagłym spokojem w trzewiach - wróciłam do łóżka.

Od tamtej pory nie odczuwam dolegliwości związanych z wysokością. Ale to nie jest reguła.Obóz Shira / Fot. Elżbieta Wiejaczka

Regułą jest kołatanie serca, bezsenność, ból głowy. Czasem problemy z żołądkiem. To wynik szybkiego zdobywania wysokości. Gdybyśmy wspinali się trzysta metrów dziennie, mało kto odczuwałby dyskomfort. Ale idziemy czasem i tysiąc. Te dwie noce są jednak wyjątkowe, ponieważ wypadają na podobnych wysokościach. Dzisiaj śpimy na 3840 metrów, jutro przejdziemy przez Lava Tower (4600 m), a potem zejdziemy na noc do Baranco na 3950 m. Organizm, który poczuje ból wysokości, powinien odetchnąć z ulgą na poziomie, który dziś jeszcze jest dla niego wyzwaniem.

Pobudka jak zawsze o szóstej trzydzieści. O siódmej woda do mycia, pół godziny później śniadanie i o ósmej wyjście. Taki jest plan, ale codziennie jesteśmy spóźnieni, jakbyśmy chcieli udowodnić, że pojęliśmy regułę „No hurry in Africa. Nie ma pośpiechu w Afryce”. Słońce już wstało, pomału nagrzewa rzadkie powietrze. Wychodząc z namiotu wiem, że temperatura w nocy spadła poniżej zera. Szron.

Do toalety jest może trzydzieści metrów, ale nie biegam nawet dla rozgrzewki. Już tego próbowałam - na takiej wysokości nawet krótki jogging kończy się zadyszką. Wystawiam spakowany plecak.

- Hema yangu tayari. Mój namiot jest gotowy - mówię do Babu Sudi. To znaczy, że wszystko z niego wyjęłam i w czasie, kiedy będę jadła śniadanie, tragarze mogą go poskładać. To jest już trzeci dzień. Bezchmurny ranek, ciepło. Sprawdzone miejsce na dodatkowe ablucje. Wychodzę kilka minut wcześniej ze śniadania.

- Salimu, una maji ya moto kidogo? Masz odrobinę gorącej wody? - pytam kucharza.

Senecio kilimanjari / Fot. Elżbieta WiejaczkaChwilę później chłopak podaje mi różową miskę. Zabieram mini-szampon, ręcznik szybkoschnący w kolorze niebieskim i metalowy kubek, który zawsze wspina się ze mną. Idę w stronę skał, gdzieniegdzie upstrzonych białymi plamkami - to pozostałość po wieczornym myciu zębów. Poniżej są już tylko chmury kryjące Mt. Meru. Pochylam się nad miską i polewam głowę. Przed oczy spływają ciemne włosy, których końcówki kołyszą się na wodzie. Cała operacja nie trwa długo. Odrobina płynu, kilka garnuszków wody, plusk spadających kropel.

Zawijam włosy w turban i podnoszę głowę. Tragarze stojący w pobliżu przyglądają mi się z uśmiechem - nieczęsto zachowywanie higieny posuwa się na Górze tak daleko. Ale ja wiem, że tutaj nie jest jeszcze zimno i że przez kilka godzin niebo będzie bezchmurne.

Zakładam cienką czapkę i ruszamy.

Wąska ścieżka pnie się pośród sterczącej gdzieniegdzie szreni wprost na Kilimandżaro, wyglądające z tej pozycji niczym egipska mumia. Nasmarowane kremem o wysokim filtrze twarze błyszczą w słońcu, oczy kryją się za ciemnymi okularami. Mokra droga odbija promienie słoneczne. Wraz ze wzrostem wysokości wrzośce karłowacieją. Wbijamy kijki to w ziemię, to stukamy nimi o głazy. Co jakiś czas wołam do przewodnika:

- Simama tafadhali kwa kunywa maji. Zatrzymaj się, proszę, na picie wody.

Butelki i kamelbaki opróżniają się miarowo. Chodzę od jednej osoby do drugiej dopytując, ile pije. Od tego w dużej mierze zależy dobra aklimatyzacja. Chmury podnoszą się i pomału biorą nas w swoje objęcia. Nie widać dokąd idziemy, czuć tylko chłód. Kolejny postój mija na zakładaniu dodatkowej odzieży.

Idziemy coraz wolniej i coraz częściej odpoczywamy. Roślinność porasta ziemię jedynie tu i ówdzie, jakby skąpiła nam swojej obecności. Niedługo będą tylko skały. Przez cały czas wyprzedzają nas tragarze. Niosą nasze plecaki i kosze z jedzeniem. Na plecach albo na głowie. W jednych mahoniowych dłoniach kołysze się chleb, w innych radio, z którego płynie głośna, lokalna muzyka. Ubrani w cienkie spodnie, bluzy i zniszczone buty, niektórzy nawet idą w klapkach. My mamy polary, goreteksy i profesjonalne obuwie.

Lava Tower / Fot. Elżbieta WiejaczkaCoraz ciężej oddychamy. Niektóre głowy rozsadza ból, kilka żołądków wykręca piruety. Do najwyższego dzisiaj punktu jeszcze godzina. Jeszcze czterdzieści pięć minut. Dwadzieścia.

Wreszcie stajemy na szczycie. Opieram się na kijkach, spuszczam głowę i wyrównuję oddech. Hamadi podchodzi do każdego z nas. „Hongera! Gratulacje!”, mówi, wyciągając dłoń. „Kila kitu shwari?”, pyta jeszcze. Czy wszystko w porządku?

Jesteśmy wysoko. Niektórych boli głowa, innym niedobrze. Ci, którzy nadal czują się znośnie, w pośpiechu jedzą lunch - zanim dopadną ich dolegliwości. Spoglądam na ścieżkę wijącą się jasno pośród czerwonawych skał. To Western Breach, wiodąca do obozu Arrow Glacier (4908 m), z którego na szczyt Kilimandżaro jest tylko trzy godziny uciążliwego wejścia.

My będziemy wspinać się inną drogą.

Trasa od Lava Tower do Baranco Camp zachwyca. Im niżej, tym więcej roślinności. Tuż przed obozem wchodzimy w las charakterystycznych roślin Senecio kilimanjari, na deser odsłania się wspaniała ściana skalna o tysiącu barw. Namioty już czekają, w pobliżu stoją toalety w stylu „na narciarza”. W jadalni czeka popcorn, prażone orzeszki ziemne i gorąca herbata.

Popołudnie mamy dla siebie. Snujemy się sennie po obozie, drzemiemy zasunięci po oczy w śpiworach. Po kolacji przychodzi Hamadi. Podnosi pokrywki garnków i sprawdza, ile zjedliśmy - na tej podstawie oszacowuje stan zdrowotny grupy. Jesteśmy niewiele wyżej niż poprzedniej nocy. Dziś sen powinien nadejść łatwiej.

Obóz Baranco / Fot. Elżbieta WiejaczkaIdziemy już trzy dni, przed nami tylko jeden więcej, a potem noc – ciemna, usłana gwiazdami, zimna, ale – miejmy nadzieję – bezwietrzna. W ciemności wypalimy szlak czołówkami – dla każdego mały okrąg światła, w które postawi stopę – lewą, prawą, lewą…

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Takie wyprawy, ach kiedyś mam nadzieję, spełni się moje marzenie i wyruszę... Tekst bardzo ciekawy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję za dotrzymanie obietnicy :)
Coraz bardziej wciągająca lektura. Jak zwykle czyta się z ogromną przyjemnością :) Senecio kilimanjari dodaje niezwykłego uroku tej okolicy, tak mniemam (dla ciekawskich dodam, że do tej samej rodziny a nawet podrodziny należą astry rosnące w Polsce)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.