Piątek Czyli niespodziewani bohaterowie. Jacky Terrasson miał być dopełnieniem formacji Rona Cartera w jego The Golden Strike Trio (plus Russel Malone - gitara), podobnie jak na Joey’u De Francesco spoczywała rola członka towarzyszącej Davidawi Sanbornowi sekcji rytmicznej (tu na bębnach Gene Lake). Okazało się, że choć liderzy pokazali lwi pazur, zagrali wybitnie porywając publiczność, to dopełnił się pewien nieczęsto spotykany scenariusz, gdy po występie gwiazdy więcej mówiono o jego towarzyszu ze sceny, niż liderze.
Terrasson zaskoczył nieprawdopodobną progresją swojego kunsztu. Powiem wprost 13 lat temu zwiódł mnie akompaniując Cassandrze Wilson na albumie „Randezvous”, wówczas był młodym gniewnym. Dzisiaj zachwyca pomysłowością i pięknymi re harmonizacjami zgranych na wszystkie strony standardów.
Podobnie klasą dla siebie okazał się DeFrancesco. I tym razem porwał mnie skuteczniej, niże onegdaj gdy towarzyszył McLaughlinowi na Gdynia Summer Jazz Days. Wówczas przyćmił lidera (a był jeszcze Chambers) teraz co najmniej dorównał Snabornowi (bu nie powiedzieć, że ukradł mu show). Styl gry gigantycznych rozmiarów Amerykanina (organisty przybyło od tamtych czasów jakieś 80 procent, widać, że ma - niestety - poważne problemy z poruszaniem) zdumiewa. Biegłość, pomysłowość, to kompletnie inna liga od tego, co serwują pozostali hammondzisty świata. Jest DeFrancesco i reszta. I tego trzeba było posłuchać!
Na godzinę 22.30 zapowiadano start koncertu w Imparcie. I z lekkim poślizgiem udało się terminu dotrzymać. Najpierw Vijay Ijer i Rudresh Mahanthappa czyli duo Raw Materials. Granie bezkompromisowe, gdzieś między jazzem, muzyka współczesną podparte hinduską ragą (ostintowe fundamenty tematów) granie zmuszało do skupienia, a tandemowi udało zabrać się nas w podróż, był tylko jeden warunek. Trzeba było być z nimi: ”w stu procentach”. A muzyka wymaga szacunku popartego skupieniem. W przeciwnym razie trzeba wysiąść na najbliższym przystanku.
Równie wspaniale wypadł Maciek Obara z amerykańskim kwartetem (Ralph Alessi/Marke Helias/Nasheet Waits), nasz jazzman zagrał bezkompromisowo i bez kompleksu, światowe granie o którym wiele jeszcze będziemy mówić (choćby w kontekście płyty która właśnie ukazała się na rynku). Ten projekt to wielkim krok w karierze tego artysty.
Finał piątkowej nocy (około godziny 3) to występ Adama Wendta i jego Power Setu. Biorąc pod uwagę, że to była już druga zarwana przez artystów noc (dobę wcześniej animowali jam session) zasługują na pochwałę za nie tylko wytrzymałość, ale również to, że porwali fanów (niestety zdziesiątkowanych przez porę koncertu).
Dzisiaj przed nami finał. Jazzowa gala polskiego swingowania oraz występ połączonych sił laureatów konkursu (wystąpią w jednym zespole).
PS: Ciekawostka - w konkursie tradycyjnie towarzyszącym Jazz nad Odrą, nie wyłoniono laureata głównej nagrody. Jury uznało, że osobowości wśród konkurentów nie było. Pogląd ten podzielili również widzowie, co nieczęsto idzie ze sobą w parze.
Autor: Piotr Iwicki
Tekst pierwotnie opublikowany na stronie
jazzgazeta.blox.pl