Facebook Google+ Twitter

Nocne maratony jazzowe – Jazz nad Odrą

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2010-03-06 16:19

Czwartek czyli piątek, a potem piątek czyli sobota, a ściślej czwartek, który jazzowo zakończył się już w piątek, oraz ten sam piątek z finałem w sobotę nad ranem. Ale zagmatwałam! Cóż, tak wygląda jazzowe życie na festiwalu Jazz nad Odrą.

Czwartek

To był bardzo kolorowy wieczór. Najpierw Vincent Herring pokazał nam ze swoim kwartetem Earth Jazz Agents jak klasyczny mainstream podaje sobie rękę ze smooth jazzem, czy może raczej stonowanym fusion z obrzeży r’n’b. Ot, solidne amerykańskie granie czterech wirtuozów.

Kompletnie z innej bajki był kolejny popis dwóch wirtuozów: Leszka Możdżera i śpiewającego speca od perkusjonaliów, Nany Vasconcelosa (tak! to ten od Pata Metheny!). Tu słowiańska śpiewność Możdżera napotkała w pół drogi taneczność i rytmikę Brazylii a melanż tych pozornie tylko odległych dźwiękowo światów, okazał się porywający. Panowie pokazali to, co robią od lat, kto spodziewał się muzycznej rewolucji, musiał się zawieść. Ale każdemu życzę tak pięknego i nastrojowego „zawodu”. Informacja na przyszłość - latem panowie zagrają znowu razem, ale już z Marcusem Millerem i Johnem Scofieldem (plus orkiestra Aukso). Poczekamy, posłuchamy.

Po koncercie w Wytworni Filmów Fabularnych jazzowa karawana przeniosła się do Impartu, gdzie najpierw czarował klimatami Grzech Piotrowski (program Emotronica), łącząc nu-jazz z klimatami Garbarka, dając jednocześnie możliwość posłuchania bodaj największego odkrycia na naszej jazzowej scenie ostatnich lat, pianisty i klawiszowca - Pawła Kaczmarczyka. Co tu ukrywać, improwizacja tego ostatniego gdzieś w połowie występu (grubo po północy) okazała się być szczytowym momentem koncertu. Lider - jak zwykle elegancki, powściągliwy i z pełną świadomością celu do którego dąży. Podobało się.

Jednak na finał części koncertowej czekała nas prawdziwa jazzowa mini-rewolucja. Za fortepianem i stanowiskiem do kreacji live-electronic zasiadł Bugge Wesseltoft. Każdym dźwiękiem udowadniał, że pojęcie new conception of jazz “w praniu” na scenie wypełnia się w każdej nucie. Przetwarzany elektronicznie fortepian, niemal aktorskie, parateatralne zachowanie artysty, klimaty z pogranicza nu-jazzu, akustycznego mainstreamu (ale to bardzo swobodne traktowanie tego pojęcia) i drum’n’bass jazzu porwały publiczność mimo późnej pory. Wydawać się mogło, że takie elektroniczne dekonstrukcje dźwięku uśpią albo znużą z racji na porę, a było kompletnie inaczej. To granie wymusiło skupienie i wciągnęło nas w pewną bajkę. Raz demoniczny, kiedy indziej introwertyczny Wesseltoft udowodnił, że jest jednym z tych, którzy określają dzisiaj kierunki, stawiają jazzowe drogowskazy w sposób istotny poszerzając nasze pojęcie jazzu. A co najważniejsze, nie pozostawia nigdy marginesu wątpliwości, że jest to ciągle jazz! Brawo. Po jego występie w festiwalowym klubie jam session rozkręcał Adam Wendt i jego kompanii. Mając w pamięci to, że kolejna noc będzie jeszcze dłuższa, udałem się spać.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.