Facebook Google+ Twitter

Notatki z podróży – Mauretania II

Gdybyśmy byli w Polsce, pewnie nie moglibyśmy się ruszyć z powodu opasłych brzuchów. Tym razem jednak Święta Bożego Narodzenia spędzamy daleko od domu, ruszamy się więc. A raczej: ruszamy do ambasady.

Żółw na spacerze / Fot. Ela WiejaczkaZaraz po wyjściu z „Auberge Sahara”, gdzie nocujemy, spotykamy chłopaków wyprowadzających na spacer… żółwia! Gad ma jakieś pół metra długości, a do tylnej nogi przywiązany sznurek. Stajemy jak wryci, chwilę przyglądamy się jego „rogatym” kończynom (charakterystycznym dla żółwia pustynnego) i ruszamy dalej. Niedługo potem przechodzimy koło porzuconego samochodu; ściślej: jego wraku. Stolica, cóż.

W Nawakszut - stolicy Mauretanii / Fot. Ela WiejaczkaNie możemy trafić do ambasady, więc kręcimy się tu i tam. Gdzieś w środku miasta wpadamy na małe wysypisko śmieci – stertę odpadków na placu, wokół którego jak gdyby nigdy nic stoją zabudowania. Odpadkami zaś posila się osioł. Zainteresowani podchodzimy bliżej, uświadamiamy sobie, że zjada papier, wyciągamy aparaty, szybko robimy zdjęcia i równie szybko jesteśmy za ten proceder upomnieni.

Osioł na wysypisku / Fot. Ela WiejaczkaJakiś mężczyzna, nie policjant na szczęście, podchodzi do nas i zaczyna krzyczeć, że fotografowanie jest zabronione. Próbujemy wyjść poza zasięg jego głosu, przyspieszamy kroku, lecz w tej chwili obok nas zatrzymuje się samochód. Myślimy tylko: „tym razem nie unikniemy kary”, kiedy zdziwieni słyszymy: – Wszystko w porządku? Oddychamy z ulgą. Mężczyzna, widząc rozgrywającą się sytuację, podjechał sprawdzić czy nie potrzebujemy pomocy. Zapytał dokąd idziemy, po czym rzucił: – Wsiadajcie, podwiozę was.

Oczekiwanie na ambasadora / Fot. Ela WiejaczkaWysiadamy pod samymi drzwiami ambasady, za nimi jednak nie ma ambasadora. Ktoś po niego dzwoni, my czekamy. Popijamy wodę stojącą w pokoju mając nadzieję, że nie jest to butelkowana kranówa. Niedługo dołączają do nas interesanci z Belgii. Trwa to i trwa, znudzony Michał ubrany w dżelabę kładzie się na niebieskich, miękkich poduchach z zamiarem ucięcia sobie przedpołudniowej drzemki, któreś z nas raz po raz wychodzi przed budynek nacieszyć się słońcem. W końcu zjawia się ambasador. Pobiera opłatę, wbija pieczątki i wypuszcza nas. Idziemy prosto na plażę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 28.06.2009 17:25

Egzotyka ładnie w słowa ubrana, umajona zdjęciami. Szkoda tylko, że nie można jeszcze odzwierciedlić klimatu i specyficznego zapachu tamtych regionów. Niestety technika jeszcze tak daleko się nie posunęła do przodu...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.