Pozycja materiału w rankingach:
Serial "Miami Vice", który w latach 80. pobił wszelkie rekordy oglądalności, naiwny i cukierkowy. Teraz wchodzi do kin. Zaskakuje doskonałym scenariuszem, zdjęciami, realizmem, muzyką... To zupełnie inny film.
O najnowszym filmie Michaela Manna wiadomo już od dawna. Ponad roku temu pojawił się pierwszy teaser prezentujący dużo szybkich ujęć, wpadającą w ucho muzykę oraz doskonałą obsadę. Film od początku miał “pod górkę”, choćby ze względu na kult serialu. Oczywiście podczas produkcji, do prasy docierały plotki na temat kulisów produkcji, ale żadna
nie została potwierdzona. 
We wrześniu reżyser Michael Mann w wywiadzie dla jednej z telewizji oświadczył, że film poza nazwiskami głównych bohaterów nie ma nic wspólnego z serialem. Założeniem reżysera, było bowiem uświadomienie widzom, jak pracuje policja, pokazanie brudu, stresu i okrucieństwa, które związane są pracą tajniaka. Po pierwszych pokazach dla dziennikarzy film został rewelacyjnie przyjęty np. przez “New York Times”. Pojawił się tylko jeden problem: Studio Universal, w którym wyprodukowano obraz, było dość zaskoczone efektem końcowym, oczekiwano raczej "Bad Boy-sów 3", niżeli realistycznej sensacji. Naciskano na Michaela Manna, by skrócił parę wątków, przyciął kilka scen.
Precyzja, transformacja i doskonała muzyka
Po miesiącach oczekiwań i niejasności dotyczących końcowej wersji filmu było mi dane wreszcie go zobaczyć. Pierwsze wrażenia? Kapitalne zdjęcia oraz rewelacyjna muzyka. Od początku wpadamy w środek akcji. Później zaczynamy oceniać aktorstwo, które - tak jak we wcześniejszych filmach Manna - i tym razem nie zawodzi. Przypomnijcie sobie jak świetnie poprowadził Cruise'a w "Collateral". Tutaj zaś doświadczamy transformacji Colina Farrela, który ze sztywniaka przeradza się w brutalnego policjanta. Dokonujemy odkrycia Johna Ortiza, który wcielił się w postać José Yero.
Potężnym zaskoczeniem jest dla mnie fabuła tego filmu oraz przemyślane i dopracowane teksty. Gdy bohater się odzywa, mówi mądrze, kiedy powinien milczeć, po prostu milczy.
Na pochwałę zasługuje precyzja i sposób pokazania, jak działa przemysł narkotykowy, a także mistrzowskie włączenie tego wątku do całości.
Brutalny i mroczny majstersztyk
Majstersztykiem jest dźwięk w trakcie strzelanin oraz sam sposób ich filmowania. Z takim dźwiękiem nie mieliśmy do czynienia od czasów "Gorączki".
Mann postawił na realizm i wyszło znakomicie. Jakość fabuły nie pozostawia wątpliwości, dawno nie spotkałem się w kinie z tak
dopracowanym, a jednocześnie brutalnym i mrocznym światem zarówno przestępczym, jak policyjnym. "Miami Vice" przedstawia życie prawdziwych agentów, między którymi nie muszą nawiązywać się głębokie przyjaźnie, więc jednocześnie nie oczekujmy od partnerów zażyłości typu: Gibson i Glover z "Zabójczych broni". Mamy tu do czynienia z prawdziwym światem, który nie zawsze układa się tak, jak byśmy tego chcieli. Scenariusz filmu pokazuje realne życie: kabel z FBI nie został złapany, Montoya ucieka, związek Crocketta się rozpadł.
Wyszedłem z kina oszołomiony. Takiego obrazu się nie spodziewałem. Jednym słowem kapitalny.
Na DVD ma ukazać się wersja reżyserska filmu. Z przyjemnością zobaczę pełną wersję Michaela Manna. Mimo cięć, których reżyser musiał dokonać, film wciska w fotel, powala fabułą, zdjęciami, muzyką oraz reżyserią. To definitywnie najlepszy film roku. Polecam!
Zobacz także:
Artykuły
(2)
Galerie
(0)
Średnia ocen
(5.00)
Wiek: 62 | Miejscowość: Łódź | Kraj: Polska
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Wojciech Grzesiak 08.10.2006 12:15
Zgadzam się - film jest świetny chociaż przed obejrzeniem trzeba wyrzucić z głowy obraz serialu. Ma wszystko to co miało stare Miami Vice - przepych, bogactwo, dobrą muzykę i aktorów. Pomimo, że również wyszedłem z kina zadowolony to jednak czułem niedosyt, że do produkcji nie zostali zaangażowani Don Johnson i Phillip Michael Thomas... w końcu miał to być film przedstawiający Tubbs'a i Crocket'a w realiach XXI wieku, a przecież aktorzy z oryginału praktycznie prawie w ogóle się nie zmienili... no może z wyjątkiem większej ilości zmarszczek na twarzach. Jakoś wiosną bieżącego roku TVN wyemitowało odcinek Nash Bridges gdzie grał gościnnie Phillip Michael Thomas... jednymi słowy Crocket i Tubbs znowu razem :) Aż się łezka w oku zakręciła.