Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

2980 miejsce

Nowa umiejętność do opanowania

Część z nas nie zdaje sobie sprawy, jak została cywilizacyjnie skrzywiona. Zapracowani i pochłonięci własnymi sprawami nie dostrzegamy wartości, które z biegiem lat utraciliśmy, których, być może, nigdy nie mieliśmy sposobności docenić.


Niczym za potarciem zardzewiałej lampy oliwnej za moimi plecami pojawia się mężczyzna w średnim wieku. Oświadcza, że jest nauczycielem i zbiera sieroty z ulicy do sierocińca położonego na prowincji. Prowadzi tam szkołę. Prosi, abym dzieciakowi żadnej gotówki nie dawał, bo i tak pójdzie na narkotyki. Spoglądam na niego ze zdziwieniem. Dziesięciolatek?

Nauczyciel wskazuje na trzymaną przez malucha przezroczystą torbę foliową z puszką w środku. Biorę do ręki. Wącham. Klej gumowy, a la Butapren. Nauczyciel odbiera mi narkotyk, który próbowałem wrzucić do kosza. Przyjdzie z powrotem i weźmie sobie, tłumaczy. Nie weźmie! - kontruję. Biorę worek w rękę, otwieram i kładę puszkę na ziemi. Z kieszeni wyciągam zapalniczkę, która mi służyła do pozbywania się liści w klasztorze i podpalam pojemnik. Pali się mocnym, żywym ogniem. Dostrzegam jednak kątem oka, że nauczyciel szczęśliwy nie jest.

Zaciekawiony wolontariatem mężczyzny proszę go, żeby zabrał mnie ze sobą. Wiezie dzieciaka motorkiem kilka przecznic obok, do jadłodajni. Dzieciak wchodzi do środka. Zaglądam, sami starsi faceci, żadnych innych dzieci. Chcesz widzieć, jak je? - pyta nauczyciel. Tak, odpowiadam. Czekam jeszcze chwilkę, czy kobieta poda dziecku posiłek, ale nauczyciel nalega, bym z nim gdzieś pojechał. Chce mi coś pokazać, porozmawiać. Zgadzam się. Wsiadamy na jego motocykl i jedziemy w to samo miejsce, skąd zabrał dzieciaka, lecz po drugiej stronie rzeki. Zostawia mnie tam i mówi, że jedzie po coś do picia. Chcę jechać z nim, ale sugeruje, żebym poczekał. Widząc mnie sprzedawcy monstrualnie zawyżą cenę. Daję mu 100 Bahtów i proszę, żeby mi kupił butelkę wody. Bierze pieniądze, choć pod nosem krzywi się. Ma nadzieję, że starczy.

Zapaliły się więc już wszystkie możliwe czerwone światełka ostrzegawcze w mojej głowie. Nauczyciel ma ze sobą w torbie zdjęcia swojej szkoły. Ma też kilka zestawów elementarzy do nauki angielskiego. Dopytuję się o adres szkoły, mówię, że chcę osobiście przyjechać i pomóc. Może wspomogę finansowo. On niby przyjechał do Siem Reap kupić ryż dla dzieci. Kilka worków. Szkoła jest niby oddalona o 80 km. Nie ma sprawy, mówię. Nauczyciel kręci z adresem. Wyciągam telefon z mapą google. Pokaż mi dokładnie! Nie może znaleźć na mapie. Jesteś nauczycielem i nie znasz się na mapie? To jakiś adres internetowy szkoły, strona web. Facebook. No to pokaż. Na facebooku pokazuje mi swój profil. Mieszkaniec Siem Reap, dostrzegam w opisie.

Nauczyciel napiera na dołożenie się do ryżu, mogę jechać nawet z nim do sklepu. Teraz już mam 100% pewności. Dodatkowo znowu pojawia się ten dzieciak. Jesteś p...lonym oszustem! - walę prosto w oczy. Dodatkowo zarzekałeś się, że spędziłeś 6 lat w klasztorze jako mnich. Tak podłych ludzi, którzy wykorzystują sieroty, żeby się wzbogacić, powinno się wystrzelać bez sądu.

Nie spodziewał się takich słów. Cały czas mówiłem spokojnym głosem, acz starałem się by brzmiał dobitnie. Zaprotestował. Klął się na wszystko co święte, że jest nauczycielem i pomaga sierotom. Daj mi adres szkoły. „Ona jest w lesie!” To daj mi koordynaty do niej. Jeśli rzeczywiście istnieje przyjadę jutro z całą ciężarówką ryżu. I kilkoma tysiącami dolarów. Jednocześnie pokazałem mu jak w jego smartphonie skopiować koordynaty geograficzne miejsca.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.