Wokół nas pojawiają się elementy zapowiadające wigilię Bożego Narodzenia. W witrynach sklepów migoczą choinkowe lampki, wystawy kuszą połyskującymi brokatem świątecznymi ozdobami, a my szykujemy się do wielkich zakupów. Magia świąt zaczyna działać, ogarnia wszystkich euforyczny nastrój i potrzeba dzielenia się radością.
Niestety ta gorączka czasem może prowadzić do naiwnej wiary w to, że wszytko co zielone lub połyskujące jest święte i bezkrytycznie dobre. Przykładem niech będzie tradycja szkolnych kiermaszów, które od lat były jednym z akcentów podkreślających magię Bożego Narodzenia i jednocześnie dawały dzieciom możliwość wykazania się w trudnej sztuce kreowania i prezentacji własnoręcznie wykonanych ozdób i zabawek. Sprzedaż tychże wyrobów nie tylko zasilała skromną kiesę szkolnego komitetu rodzicielskiego, ale przede wszystkim była ważnym elementem edukacyjnym. Dawała dzieciom satysfakcję i ogromną radość z możliwości np. zarobienia na szkolna wycieczkę czy potrzebne pomoce naukowe.
Niestety czas sielanki minął, to co dobre jak mawiają niektórzy wypiera lepsze i oto np. w warszawskiej Szkole Podstawowej nr 255 im. Kamila Cypriana Norwida uznano, że kiermasz szkolny przyjmie nową formułę. Już nie ozdoby robione przez dzieci i nie na cele szkolne. Na kiermaszu nagle pojawiły się tanie, chińskie zabawki: gumowe sztuczne szczeki, pająki, roboty, świecące piłki, wachlarze, gumowe diabełki, itp. wątpliwej jakości wyroby galanteryjne. Z tyłu, gdzieś na skraju stołu, w starym pudełku może znajdzie się kilka bombek i aniołek w brudnej sukience.
Dochody ze sprzedaży na kiermaszu "na szczęście" nie zostaną przeznaczone na szkolną wycieczkę czy pomoce naukowe, bal sylwestrowy czy choćby środki czyszczące dla szkoły. Powędrują sobie szerokim strumieniem do bliżej nieokreślonej kieszeni. Oficjalnie do Caritasu.
Warto by w tym momencie zapytać się, czy szkoła jako instytucja państwowa i czy Caritas, jako poważna organizacja charytatywna firmowana przez Kościół katolicki mają moralne prawo do wykorzystywania dzieci w ten sposób? Czy, nie bójmy się tego nazwać po imieniu, odpust na terenie szkoły nie jest przypadkiem żerowaniem na naiwności uczniów z najmłodszych klas? Czy ceny z marżami rzędu 200-300 proc. nie są przypadkiem zaprzeczeniem idei głoszonych przez organizatorów tejże imprezy? Czy fatalna jakość, niebezpieczne, prawdopodobnie nieatestowane zabawki są dobrym sposobem na pozyskiwanie środków finansowych? Czy wreszcie, brak jakiejkolwiek informacji o celu i rozliczeniu pozyskanych środków jest godne państwowej szkoły podstawowej, firmowanej nazwiskiem tak wspaniałego, polskiego poety?
Niestety nie znam odpowiedzi na te pytania. Przestrzegam rodziców przed podobnymi tego rodzaju, "świątecznymi" akcentami w szkołach.
Do Wiadomości24 możesz dodać własny tekst, wideo lub zdjęcia. Tylko tu przeczyta Cię milion.