Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

166313 miejsce

O chronicznym braku czasu słów kilka

Któż z nas nie słyszy na co dzień takich utyskiwań: nie mam czasu, ciągle jestem zajęty, już nie wyrabiam czasowo, nie teraz, jestem zagoniony... Czy to nie dziwne, że służy nam coraz nowocześniejsza technologia, a czasu mamy coraz mniej?

Jeszcze niedawno takie maszyny do pracy w polu były oznaką nowoczesności. Zdjęcie ze skansenu w Ruszowicach. / Fot. Stefan GórawskiPamiętam jeszcze czasy, które już dla moich dzieci wydają się prahistorią, kiedy w rolnictwie pracowało się ręcznie albo przy pomocy prymitywnych (patrząc na to z dzisiejszej perspektywy) urządzeń. Łąki kosiło się kosą, zboża zbierane były przy pomocy konnych żniwiarek, za którymi trzeba było wiązać snopki, potem to wszystko jeszcze ustawiać w mendle, zwozić, młócić… Podobnie było z wykopkami, sianokosami i innymi pracami w polu i zagrodzie. Dzisiaj wieś z kombajnami, dojarkami, "presami" nie przypomina już tamtej, sprzed kilkudziesięciu lat. Ale, niestety, nie tylko pod względem technologicznym.

Wtedy zapracowani, biedni na ogół ludzie, żyli że sobą w bliższych relacjach; sąsiad to był ktoś, do kogo szło się bez żadnego zaproszenia żeby razem posiedzieć na przydomowej ławeczce, w zimowe wieczory przy darciu pierza, czasem przy kartach, albo po prostu pogadać, popijając zbożową kawę marki Turek. I na to wszystko był czas! Dzisiaj zostaje najczęściej zdawkowy gest z ciągnika czy samochodu przy mijaniu się, rzadko kurtuazyjna wizyta, bo na wsi nikt nie ma czasu na duperele. Przecież czas to pieniądz, a pieniądz…

To samo tyczy czynności domowych. Kiedyś gospodynie łączyły obowiązki kucharki i mamy, choć nikt nie znał pampersów, maszynka do mięsa była tylko na korbkę, robot tylko w literaturze, żelazko na dyszę (mówiło się też duszę), a w wielu miejscowościach nie było nawet prądu. Ale było więcej czasu, żeby pogadać o dzieciach, poplotkować, ale i pomóc kiedy któraś była w potrzebie. Dzisiaj rzadko zdarzają się takie familijne relacje, bo skąd brać na to czas?

Kolejny przykład – redakcja. Kiedy kilkanaście lat temu zaczynałem systematyczną współpracę z pierwsza redakcją, zanosiłem tam brudnopisy, które maszynistka przepisywała na maszynie, a potem dopiero szły do adiustacji. Później był już postęp, bo sam je przepisywałem. Kiedy mogłem już korzystać z komputera, zanosiłem wydruki komputerowe, ale tylko wydruki, bo komputery były niekompatybilne, a kiedy już były, to nosiłem dyskietki ze swoimi materiałami, bo Internet jeszcze…

Dzisiaj do redakcji, z którą współpracuję, wpadam raz na kilka miesięcy, a w Wiadomościach 24 pewnie nie będę nigdy. Inna sprawa, że kiedyś w znajomej redakcji pracowało chyba z 10 osób, dzisiaj tę samą gazetę robią trzy osoby, które… Tak, tak, oczywiście, że nie mają na nic czasu. Nie tylko na luźną pogawędkę, ale nawet na udział w wydarzeniu, często musi więc wystarczyć telefon, faks, Internet, bo przecież czas to…

Przykładów można by przytoczyć znacznie więcej, z każdej niemal dziedziny naszego życia. Nasuwa się zatem wniosek, że posługujemy się coraz nowszymi urządzeniami, z którymi sami zaczynamy się ścigać. I chyba ten wyścig przegrywamy! Coraz szybsze komputery i inne wynalazki także nam zostawiają coraz mniej czasu. Nie chcę grać roli mentora, ani namawiać do zawracania kijem rzeki, bo sam też nie wyobrażam sobie życia bez komórki, Internetu, samochodu i wielu innych rzeczy, dzięki którym w wielu sytuacjach czuję się bezpiecznie i wygodnie. Ale czasem zastanawiam się dlaczego tak jest, że wszyscy wokół mnie tak pędzą? Sam też nie jestem wyjątkiem. Więc dokąd i po co? Chyba warto byłoby to głębiej przemyśleć, ale kiedy? Przecież nie mam czasu…

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

Stefanio,
jak widać wielu nas :). W grupie raźniej, ale...

Judyto,
tak, trzeba „iść z biegiem czasu”, ale warto chyba utrzymywać własne tempo.

Bartłomieju,
nie mieszałbym w to globalizacji. Globalizacja to proces, na który indywidualnie nie mamy prawie wpływu, a na sposób życia – owszem. Trzeba przede wszystkim samozaparcia, jak przy rzucaniu palenia. Trudne, ale możliwe :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

witam
globalizacja to nic innego jak złodziej czasu
wiemy coraz więcej ale ogólnikowo
otwieramy jednocześnie wiele zajęc ale żadnego nie wykonujemy wedle harmonogramu
stajemy się niewolnikami pustego pieniądza
jak to zatrzymac
już się nie da
tak jak lawiny nikt nie powstrzyma
ale można przebywac na obrzeżach może wtedy nas nie wciągnie
gadac jest łatwo
dokonac czegoś ważnego bardzo trudno

Komentarz został ukrytyrozwiń

bo teraz żyje się dla pieniądza, ale zauważyć mimo wszystko można, że w mieście inaczej się żyje niż na wsi, kiedy w wakacje wracam z Poznania do domu na wieś, dopiero czuję, że żyję, czas płynie wolniej, w dużym mieście wszystko dzieje się w biegu, często nawet nie ma czasu na posiłki,

jeśli chodzi o tekst, to jest ciekawym sposobem na refleksję, nie pamiętam czasów darcia pierza, kiedyś było inaczej, ale cóż nam przychodzi niż iść z biegiem czasu?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Stefanie, dla mnie też dzień zbyt krótki..., wciąż robię sobie wyrzuty, że z czymś nie zdążyłam. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

No myślałam, że gdzieś się ten zwyczaj kultywuje. Muszę sprawdzić - może w Ochli pod Zielona Górą?
A z rodzinnych opowieści wiem, że darcie pierza bywa też stresujące - można np. zgubić pierścionek. ;-))
Komórką to się przedwcześnie pochwaliłam - właśnie odebrałam. ;-)
A tak serio - nawet kiedy mamy czas, spotykamy się ze znajomymi, rozmawiamy, to jakże często przy włączonym telewizorze, internecie, radiu, bo człowiek współczesny zachłanny jest, także na wiadomości.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jadwigo,
pewnie tak, i tym bardziej warto zastanowić się czasem co nam daje rozwój cywilizacyjny (bo daje na pewno) i co nam zabiera (bo też na pewno zabiera).

Jolu,
Niestety, nie wiem o takim przedsięwzięciu. Nie wiem też czy gdzieś w Polsce ten zwyczaj przetrwał. Kto dzisiaj chciałby tracić na to czas? Na pierzodarcie zbierali się sąsiedzi w zimowe wieczory po skończeniu domowych obrządków. Siadali wokół dużego stołu i – sięgając po kolejne garście pierza – wspólnie śpiewali i dowcipkowali. W cenie były osoby, które potrafiły barwnie opowiadać i żartować. Był też czas na różne opowieści, a ulubionym motywem były duchy. Zakończeniem pierzodarcia w każdym domu był tzw. pępek (tak to się nazywało w okolicy, z której pochodzę), kiedy ze stołu znikało już pierze, pojawiało się za to jedzenie (najprostsze kanapki, np. z wątrobianką albo smalcem) i domowej roboty wino. W cenie był też akordeon, a impreza z tańcami i śpiewem, kończyła się zazwyczaj późną nocą. A potem wszystko rozpoczynało się od nowa w innym domu.
Dzisiaj pierze tną maszyny, a ludzie – także w domach, które pamiętają jeszcze tamte czasy – oglądają zapewne kolejne odcinki ulubionych seriali.
Nie mówię co jest lepsze, bo nie chcę się wymądrzać, ale gołym okiem widać kiedy ludzie byli sobie bliżsi.

PS. Do takich akcji jak „dzień bez komórki” mam bardzo sceptyczny stosunek. Uważam, że trzeba po prostu ZAWSZE korzystać z niej z umiarem i nie pozwolić, żeby zastępowała możliwość bezpośredniego spotkania, uścisku dłoni, spojrzenia w oczy, uśmiechu…

Komentarz został ukrytyrozwiń

A może wiesz coś, Stefanie, o jakiejś imprezie typu - darcie pierza... Chętnie bym się wybrała. ;-))
No i mogę się pochwalić, że dziś z komórki nie korzystałam:
link omorkowego_2172.html

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ po co pędzą? Po jeszcze wiecej! Po byle dalej !

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.