Facebook Google+ Twitter

O co chodzi Lidii Lunch?

Koncert diwy awangardy, gotyku i punka w Gali Hali w Lublanie to było oczywiście coś: mnóstwo bardzo przyjemnego jazgotu okraszonego jej melorecytacją, rzężące wokale skąpane w przesterach i tak dalej. Szkoda, że doprawione menopauzą.

 / Fot. llNo dobrze, nie chcę Lydii ubliżać ani redukować jej występu do kilku ekscesów, które się wydarzyły, ale ponieważ byłam blisko sceny i mogłam tę szopkę dokładnie obserwować (uczucie dość perwersyjne), to co poza muzyką stało się dużą częścią mojego ogólnego wrażenia.



Więc z jednej strony mamy Lidię, która prowadzi nas za rękę po swoich starych dokonaniach - trochę starego surfu przerobionego na niemalże stonerowe pomruki, trochę mrocznych historii z Miasta Aniołów (płyta "13.13" - "I'm afraid of your company" i "3x3"), wreszcie rzut oka na "Queen of Siam" i "The Gospel Singer" z najnowszej płyty, który mistrzowsko bawi się ciszą, by przerwać ją uderzeniem przesterów, i na który Lydia ma przygotowanych sto zwrotek, więc jeśli tylko ma kaprys, utwór nie kończy się długo. W towarzystwie tak zacnych muzyków jak Weasel Walter, Bob Bert i Algiz Kizys (czyli co nieco ze Swans, co nieco z Sonic Youth) Lydia ma w zanadrzu dźwiękową bombę atomową i do czegokolwiek się odwoła (czy będzie to, jak określiła "Queen of Siam" - punk kontra big band, czy będzie to dziewczęcy niegdyś niemalże post-punk "Burning Skulls", napisany przez Rowlanda S. Howarda) - wszystko zostanie zredukowane do do brudnego noise'u, do post-hardcorowej jatki. Basista wyczynia rzeczy nieprawdopodobne ze swoim instrumentem (szczególnie fascynująca jest jego technika grania), perkusista jest niezawodny i surowy w brzmieniu, a gitarzysta to dość nieprzewidywalna jednostka: miota się po scenie, zarzyna instrument (ten z resztą i tak kilka razy odmówił posłuszeństwa) i gra te przepiękne, doskonale brudne riffy, nie do końca zgadzając się z despotyczną bądź co bądź Lydią, wcinając jej się w słowo albo nie przestając grać na wyraźny znak, że już pora.

No dobrze, mieliśmy więc w sumie dobrą noc, ale zmartwiła mnie kondycja bohaterki. Zaczęła nieźle - para z przodu przejęła funkcję groupies, wdawali się z artystką w dyskusje, z których wychodziły takie przemowy jak ta o obwołaniu Lydii królową Lublany, przeistoczeniem Słowenii w Slutwenię, ograniczeniem liczby poddanych do osób zgromadzonych w klubie, zamknięciem granic i wyraźnym nakazem grzeszenia, uprawiania seksu, brania narkotyków i tak dalej. Ogień, myślę sobie, i już się w sumie cieszę, że będzie coś pikantnego do opisania. Ale wkrótce Lydia jest już wyłącznie skoncentrowana na tych dwóch małolatach przed sobą, bierze od nich papierosy i ostentacyjnie wydmuchuje dym w twarz chłopaka, dziewczynę nazywa swoją kochanką, mają te swoje pogadanki o podawaniu krwi miesięcznej facetom, których chce się mieć dla siebie, dużo o wiedźmach i takie tam. Do tego dochodzą różne intymne sytuacje na scenie (z udziałem basisty), konflikt z gitarzystą (ten gada na złość w każdej ciszy w ciągu piosenki z basistą, nikt nie wie o czym, ale Lydia dostaje szału, wychodzi ostentacyjnie z torebką, wraca po chwili i rzuca petami), a nawet obrażanie publiczności (jeden z panów okazał się za słaby żeby przelecieć laski dookoła, dostał nawet kosmetyczną dobrą radę, żeby pozbyć się brody, chyba że ma ona pomóc w stymulacji pewnych części ciała) i określenie dresscodu (czyli że patrzcie na te dziewczęta jakie one piękne i wszystkie na czarno, a wy co faceci - o ironio nie byłam na czarno i poczułam się dziwnie po raz kolejny).

Generalnie niezła telenowela. Zastanawiam się, jak rzecz ugryźć: czy cieszyć się, że kobieta w wieku moich rodziców ma ten luz i demonstruje swoją seksualność na scenie? Czy to już przekracza granice dobrego smaku, ewentualnie - to ja jestem w głębi duszy mocno konserwatywna i słabo sobie radzę z tolerowaniem macanek na scenie, nie mówiąc już o dziwnych odzywkach do publiczności. Oglądając filmy (jak ten na górze chociażby) z Retrovirusa natrafiam też na kpiny z artystki, co jest z kolei kompletnym brakiem szacunku i publiczności nie wypada, moim zdaniem. Jak się nie podoba, możesz wyjść. Tutaj jednak nacięłam się na sytuację, której nie umiem jednoznacznie ocenić. Feminizm i obyczajowa wolność gryzą się w takim wydaniu zlydia dobrym smakiem. I tak, to samo tyczy się facetów korzystających ze swoich scenicznych przywilejów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Jednym słowem: ołowica.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.