Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

5086 miejsce

"O Czechach, Polakach..." - wywiad z Lechem L. Przychodzkim

Ostatnio coraz mniej go na macierzystym portalu Bezjarzmowie... Okazuje się, iż zastępowany jest tam przez Alfreda Bartyllę-Blanke, ponieważ zajął się... tłumaczeniem.

Lech Lele Przychodzki / Fot. WikipediaI to dwóch książek jednocześnie. Ma co prawda podzielność uwagi, ale podzielności czasu się nie nauczył.
Toteż pracuje nad reportażami czeskiego przyjaciela i chyba mu z tym nie najgorzej. O swoim stosunku do Czechów i nie tylko - opowiada w rozmowie ze mną Lech L. Przychodzki.
Beata Traciak: Czy dobrze być postacią „osobną”?

Lech. L. Przychodzki.: Pytanie niby proste, ale odpowiedź wcale nie (śmiech). Gdybym spędzał życie przy fabrycznej taśmie produkcyjnej - prawdopodobnie psułbym robotę innym, sobie też. I nie byłbym osobą lubianą przez kolegów z pracy... Ale życie układa mi się całkowicie inaczej. Niekiedy myślę, iż na szczęście, niekiedy wcale nie jestem tego pewien... W kulturze, tej prawdziwej, coś trwałego i nowego wnoszą tylko ludzie „osobni”. W Polsce wciąż pokutuje mit „stowarzyszeń twórczych” czy dyplomów, które jakoby gwarantują poziom wykonywanej pracy intelektualnej. Oboje wiemy, że to fikcja, wygodna dla biurokratów, bo oni kierują się nie rzeczywistym dorobkiem, jakiego ocenić nie potrafią, a właśnie „kwitami na wielkość”. Im mniejszy ośrodek, tym bardziej kabaretowo rzecz wygląda. Z kolei w dużych miastach ludzie tzw. kultury mają większy dostęp do pieniędzy, toteż równie niechętnie widzą między sobą nowe twarze. „Nowym” najczęściej o coś prócz złotówek jeszcze chodzi, „starzy” trwają na zajętych kiedyś pozycjach, wiedzą „co i za ile” i nie są wcale przychylni konkurencji. Tym bardziej, iż polska kultura jest traktowana coraz bardziej po macoszemu. Leży w domu, w szufladzie (myślę, że nie otrzymałem ich za nic) kilkanaście polskich i międzynarodowych legitymacji dziennikarskich. I do niczego potrzebne mi one nie są. Nie napiszę tekstu ani lepiej ani gorzej, mając je w kieszeni. Z tego punktu widzenia bycie kimś „osobnym” nie przeszkadza. Ważne, by być „jakimś” - bardzo konkretnym, z krwi i kości. A tego młodzi żurnaliści unikają jak ognia...

"Podróżny Ludzkich Przestrzeni." Wywiad z Lechem L. Przychodzkim


Byłeś ostatnio nominowany do nowej, ale chyba interesującej nagrody dziennikarskiej, Polscott Braveheart, razem z red. Aldoną Zaorską i red. Markiem Ciesielczykiem. A teraz stoisz na czele międzynarodowego jury konkursu Prawda reportażu. Czy to coś dla Ciebie znaczy?

- Znaczy o tyle, iż nigdy mnie nikt za nic odznaczać nie chciał (śmiech). Zresztą to szkocka nagroda. Nie polska (śmiech)! A że m.in. dla tych dziennikarzy RP, którzy są czytywani przez Polonusów, to tylko świadczy o fakcie coraz większej nieufności rodaków z zagranicy wobec tego, co uchodzi za media „reprezentacyjne” dla obecnego układu politycznego. Sam mam dość polskiego internetu, bo wiadomości powielają się w nieskończoność, niekiedy wręcz nikomu nie chce się ich przeredagowywać... Konkurs? Reportaż prasowy umiera, tyle możemy w kilkoro zrobić - dać szansę naprawdę zdolnym. Bo nie jest tak, że wszyscy nie potrafią lub nie chcą patrzeć i dostrzegać. Nie mają jedynie szans, by pokazać, co umieją. Jurorzy konkursu to naprawdę ludzie z doświadczeniem, wiedzą i przychylnością wobec młodszych. Toteż ich uczciwości mogę być pewien, za długo się znamy...
Tłumaczysz teraz wielkiego reportażystę z Czech, bliskiego Ci prywatnie i jeśli chodzi o postawy zawodowe. Czy to Wasze podobieństwo charakterów pomaga Ci w translacji?

- „Lidé od Temelína” i „… a po nás planina” wyjdą w Polsce jako jedna książka. Słusznie. Osią obu jest tragedia mieszkańców 5 południowo-czeskich wiosek, które zrównano z ziemią w imię „postępu”, czyli budowy JETE (Jaderná elektrárna Temelín). Ludzi wygnano, sprawdziło się przysłowie o tym, iż starych drzew przesadzać nie wolno... Niektórzy wytrzymywali w blokach 2 tygodnie. I umierali. Byłem tam, z kilkoma bohaterami obu opowieści rozmawiałem. Należy się im polska edycja, polska pamięć, bo „postęp” niszczy kolejne wsie. W Polsce - przy okazji planowanej rozbudowy kopalń węgla brunatnego, mimo referendalnego sprzeciwu 95% zainteresowanych mieszkańców! Mnie, co prawda, koszmarne wieże chłodnicze JETE się nie śnią, ale wierzę, iż lokalnej społeczności mają prawo. Tym bardziej, że nawet z nowych miejsc zamieszkania nie da się ich nie zobaczyć... Antonín Pelíšek, jak każdy rasowy reportażysta, jest wierny ludziom, o których pisze. Stąd z macierzystymi redakcjami kłopoty miewa od chwili, gdy został dziennikarzem, czyli od „aksamitnej rewolucji” w roku 1989. Mam z nim wiele wspólnych cech. Przede wszystkim odporność na niespodziewane ciosy poniżej pasa. W życiu zawodowym i prywatnym (śmiech).
Jesteś „Czecholubem”?
-
Moja świadomość społeczna uległa raptownej zmianie w czerwcu 1968, gdy na tle pogodnego nieba zobaczyłem klucze transportowych samolotów. Dopiero następnego dnia dowiedzieliśmy się, iż wojska Układu Warszawskiego ruszyły z „pomocą” bratniej Czechosłowacji... Dodając do tego Zaolzie w 1938, czego wszak nie pamiętam (ale jako zawodowy oficer przyłączał je do Polski mój stryj, toteż problem nie był mi obcy) - pomyślałem sobie kiedyś, iż dobrze by było starać się zmazać te dwie plamy na polskim honorze. Rzecz jasna w miarę moich możliwości. Los dał mi tę szansę, toteż z niej korzystam.

Spojrzenie w siebie to najważniejsza podróż


Twój młodszy syn niebawem skończy 18 lat. Uważasz, że ma dobrą młodość?
- Powiem tak: najlepszą, jaką mieć może w tym coraz mniej przyjaznym nam wszystkim świecie. Czyli tak naprawdę - paskudną. Córka, starsza od niego o kilkanaście lat, miała chyba szczęśliwsze dzieciństwo, ze względu na nadzieję zmian. Dzisiaj nie mają jej oboje.

Młodość? Poznałem niedawno, właśnie za sprawą tłumaczenia książek Tośka o ludziach spod Temelína, pewną naczelną kulturalnego kwartalnika. Osobę nieco starszą od mojej córki. I na dzień dobry otrzymałem od niej mailem niezłą litanię pytań: „Więc co dziś powiecie swoim wyjeżdżającym dzieciom? Zdajecie sobie sprawę, że one mogą już nie wrócić? Zostaniecie sami. Kto pociągnie Wasze dziedzictwo, kto poda tę przysłowiową szklankę wody? Czy przewidzieliście, że tak się to potoczy? Czy nasi ojcowie potrafią przyznać się do porażek, do błędów?”. Zamiast mnie wkurzyć, Olga zyskała mój szacunek, bo są to również pytania, które stawiamy sobie w kilka zbliżonych wiekiem osób, jakim jeszcze pisanie i społecznikostwo nie przeszło. W Polsce, w Czechach, na Litwie... A dzisiaj przecież nie tylko odpowiedzi bywają bardzo niewygodne, ale też same pytania (śmiech) ... Młodzi, wrażliwi ludzie nie chcą już służyć korporacjom, nie chcą spędzić życia przy symbolicznej lub prawdziwej taśmie. Toteż wyjeżdżają. I owym uciekinierom z konieczności wcale nie jest tam lepiej, ale za wykonaną robotę zazwyczaj się im płaci. To jednak różnica!
Masz jakiś podręczny morał na zakończenie?

- Zmieńmy wreszcie ordynację wyborczą, by startować mogli do Sejmu i (niepotrzebnego, moim zdaniem) Senatu ludzie spoza partii politycznych. Inaczej nie widzę szans na zmiany. Pisał o tym i mówił do przedwczesnej śmierci Rafał Górski. Obecny system wyborów, choć podobno demokratyczny, ściąga nas po równi pochyłej ku totalnemu bezhołowiu. Tzw. terenem zarządzają i ustalają reguły gry lokalne kliki, a rząd w Warszawie udaje, że „wszystko jest pod kontrolą”. Za udawanie do niedawna pieniądze brali aktorzy (śmiech). W sumie dobrze, iż jestem tylko kronikarzem rzeczywistości. Bo przebudować jej w obecnej sytuacji chyba bym nie potrafił...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.