Facebook Google+ Twitter

O "Dziurze w bucie" i poezji

Z końcem marca br. ukaże się książka „Dziura w bucie” autorstwa Magdaleny Kobis, wydana przez poznańskie wydawnictwo „Poligraf”. Pisarka na stałe mieszka we Francji, jest absolwentką Sorbony.

Magdalena Kobis, autorka książki Pod patronatem Oddziału Tarnowskiego Stowarzyszenia Autorów Polskich ukaże się w Poznaniu pod koniec marca br. książka „Dziura w bucie” autorstwa Magdaleny Kobis, wydana przez poznańskie wydawnictwo „Poligraf”. Magdalena Kobis urodziła się w Poznaniu. Z przekonania jest tarnowianką, na stałe mieszka we Francji. Studiowała m.in. na Uniwersytecie Jagiellońskim, Université de Nancy, CLA de Besaugon. Absolwentka paryskiej Sorbony. Na co dzień wykładowca języka francuskiego dla obcokrajowców. Członkini Oddziału Tarnowskiego Stowarzyszenia Autorów Polskich. Pisze w języku francuskim oraz polskim. Obecna w publikacjach Oddziału Tarnowskiego SAP oraz grupy poetyckiej „Obserwatorium”. Książka „Dziura w bucie” jest jej polskim debiutem literackim. 11 kwietnia br. Miejska Biblioteka Publiczna im. Juliusza Słowackiego w Tarnowie wspólnie z Oddziałem Tarnowskim Stowarzyszenia Autorów Polskich organizuje u siebie, w czytelni (przy ul. Krakowskiej 4) o godz.17 spotkanie literackie z Magdaleną Kobis podczas którego autorka przedstawi swoją najnowszą książkę.
Pisarkę poprosiłem o krótką rozmowę na temat literatury i przyszłości poezji a także jej najnowszej książki.
- Jaka literatura dla Pani jest najważniejsza? Czy ma Pani swoich mistrzów?
-To bardzo ogólne pytanie, bo literatura wrzała we mnie już od najmłodszych lat... Proza czy wiersze, które czytałam jeszcze jako dziecko, wpłynęły w jakimś stopniu na mój charakter i naszkicowały styl, który zmieniał się przez lata .Pisałam od dziecka, wzorując się na pewnych autorach i próbując jakoś zlepić swój własny świat.
W okresie dojrzewania, jeszcze w ósmej klasie, była to dla mnie proza angielska: Emily Brönte, Jane Austin oraz poezja Emily Dickinson. Potem przyszedł czas na literaturę francuską (która nota bene sprawiła, że studiowałam i obecnie mieszkam w tym kraju), zaczęło się od Gide’a i Mauriac’a aż do zachłyśnięcia się eksperymentalną twórczością grupy OULIPO. Queneau i jego „les fleurs bleues” zrobiły na mnie niesamowite wrażenie, a przede wszystkim nauczyło, że literaturę można wymodelować jak plastelinę. Aż do drugiego roku studiów humanistyki na Sorbonie.
W tym samym właściwie momencie zaczęłam odkrywać dwa, zupełnie przeciwne, ale tak samo tajemnicze światy. Z poezji był to na pewno Rilke i Baudelaire, którego końcówkę „Pejzażu” z tomiku Spleen Paryski do dziś znam na pamięć.
Ten drugi świat to zupełnie pozbawiony poezji nurt „Nouveau Roman”. Byłam na początku nieprzyjemnie wstrząśnięta czytając Simona, Butora, Sarraute. Aż doszłam do Robbe-Grilleta.
Pytał Pan o mistrzów... Dla mnie w poezji prymuje Charles Baudelaire, Réné Char, oczywiście Rilke, a z polskich bez dwóch zdań Poświatowska. Natomiast proza to quasi całkowite miejsce w moim sercu zajmuje twórczością Robbe-Grilleta. Po lekturze dwóch jego dzieł: „Żaluzji” i „Labiryntu” wpadłam w szał: ja tych książek nie czytałam, ja je pożerałam i głęboko czułam. Suche, pozbawione epitetów, długie, mozolne zdania opisujące ilość bananowców na farmie, były dla mnie jak ewangelia. Tak jest nadal, choć teraz sięgam raczej po nowości literackie – które, prawdę mówiąc – jakoś mnie nie przekonują. Nie potrafię dotrzeć do świata współczesnych pisarzy.
- Jakie tematy podejmuje Pani w swojej najnowszej książce?
- „Dziura w bucie” porusza kontrowersyjne i niełatwe tematy, chociaż nie jest sama w sobie trudna. Linią przewodnią jest choroba psychiczna widziana oczami obłąkanych. Moimi oczami, choć nie tylko. Problematyka dotyka również samego życia w „skazaniu”, bo rzecz dzieje się w szpitalu psychiatrycznym w Paryżu. Życia, w którym króluje z jednej strony rutyna, a z drugiej strach, ból, cierpienie...– cos na kształt „Oddziału chorych na raka” Sołżenicyna, w jakiś rąbku mojego umysłu powstało wgłębienie i wsysa niczym czarna dziura budzące sie we mnie myśli, spostrzeżenia, astralne myślokształty. To tam, gdzie kończą się zwoje mózgowe, tam gdzie nikt nie zagląda. „Szklany Klosz” Sylvii Plath. Tam, przez nabyte doświadczenie i bystrą obserwację wypływają mi spod palców wszyscy moi towarzysze niedoli, którym zachowałam (za ich zgodą) imiona, dostosowując je jednak do polskiej deklinacji. Nie muszę tworzyć: Oni tworzą siebie samych, ja tylko przerzucam to na papier, a z papieru na laptopa. Zapraszam również czytelnika do mojego wewnętrznego świata, świata, który stworzył wówczas mój zbuntowany umysł. Niestety nie potrafię się autopromować. Dlatego posłużę się opinią jednego z pierwszych moich czytelników, prof. Pawła Artymowicza: "Dziura w bucie" to unikalna i fascynująca wyprawa do krainy choroby, wyrywającej i starającej się zniszczyć, a paradoksalnie – nadającej człowiekowi wielokrotne człowieczeństwo. Do świata krążącego wokół nieznanego, ciemnego słońca. Obracający się kalejdoskop zdarzeń i postaci, z których część okazuje się istnieć tylko w umysłach bohaterki i jej przyjaciół. Żywy język chwyta i wiąże nas uczuciowo z nimi wszystkimi. Dla większości z nas będzie to pierwsze bliskie i autentyczne, bezpośrednie spotkanie ze schizofrenią. Dla niektórych także pierwsze spotkanie z pytaniem, czym jest nasz mózg i kim jesteśmy. Po lekturze chcemy wiedzieć jeszcze więcej. Chcemy spotkać autorkę i życzyć powodzenia w tym, co robi tak dobrze - w odszukiwaniu samej siebie, w czasie kiedy oprowadza nas po
jej wszechświecie. "Dziura" absorbuje całkowicie, nie należy zaczynać czytania, jeśli ma się
wkrótce ważne sprawy w tak zwanym normalnym świecie.”
- Jakie są plany twórcze Pani na przyszłość?
Jak to jakie plany? Pisanie! Na pewno na pierwsze skrzypce pójdzie druga część powieści o enigmatycznym tytule roboczym „Człowiek z kawałkiem sera”. Nie powiem dlaczego, ale warto się przyjrzeć średniowiecznym obrazom i rycinom; cala seria ”Czaszki Zeusa „ będzie miała ok. 4, 5 tomów, dzięki uprzejmości moich lekarzy, dawnych znajomych i przyjaciół, których odnajdywałam na portalach społecznościowych i którzy dostarczyli mi naprawdę wiele, wiele informacji – nie spodziewałam się, że aż tak mnie to zmobilizuje, więc dziękuję im serdecznie.
Ale jednocześnie wstawiam liczne poprawki do mojej francuskiej powieści: „L’éclosion” (Rozkwit), którą napisałam wraz z poetą Robertem du Pantet (pseudonim literacki mojego przyjaciela). Jest to dość skomplikowana i ciężka powieść wielowarstwowa, której szkielet stanowił suchy, subiektywny, sztywny zapis zaczerpnięty z powieści Robbe-Grilleta, a mięśnie i skóra są mieszanką flamandzkiej poezji XIX wieku na czele z Elskampem, Maetelinckiem czy Verhaaerenem. Mentalnie, wrzucam oba skrajne nurty do jednej pralki. Wiem, że może zafarbować, ale cóż, takie jest ryzyko. A ja lubię ryzyko. Poczekamy, zobaczymy.
- Czym dla Pani jest poezja i jaka jest przyszłość według Pani poezji?
Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką pewna mądra starsza pani, Arabka, poddała mnie doświadczeniu mówiąc o poezji. Kazała mi przesiać piasek pustyni przez dłoń, zamknąć oczy i rękę i... czekać. A gdy wreszcie spojrzałam na dłoń zobaczyłam tylko małe, posklejane ziarenka piasku. „ Tym jest poezja” – powiedziała ta mądra Arabka. Nie rozumiałam wtedy i chyba nie do końca rozumiem, jak np. Szymborska czy Różewicz – lecz chyba nie jestem dobrą poetką, jeżeli w ogóle nią jestem. U mnie w zamkniętej dłoni, przesiewając piasek, gromadzą się wielkie „róże pustyni”. Symboliczne „olbrzymy”, którymi są wielowarstwowe powieści. Nie ma maleńkich ziarenek piasku, mimo iż kocham poezję, może jeszcze bardziej niż prozę. Nie wyobrażam sobie czytania poezji na ekranie monitora, więc moich ukochanych poetów zaklętych mam w pięknym zbiorze na delikatnym papierze w wydaniu kolekcji „ Pleïade”, czyli tej najbardziej prestiżowej we Francji.
I jak każdy wrażliwy odbiorca, wciąż zadaję sobie pytania: czym właściwie jest poezja? Staram się zrozumieć, czytając powoli, rozkoszując się słowem i tym, co można wyczytać między wierszami: ironie, cynizm, autobiografie, cierpienie, ukryte uczucia. Moi od zawsze ukochani - Baudelaire i Rilke chyba nigdy nie będą „has been”, połykam ich namiętnie w oryginale, bo w przekładzie tekst dużo traci. A tak czuję tekst, czuję słowa, potrafię się później przez wiele godzin rozkoszować, czytać po raz drugi lub trzeci. W niemal każdą sobotę organizujemy „popołudnia literackie” z Robertem, między innymi: wówczas czytamy wiersz, lub fragment prozy i prześcigamy się w interpretacjach. Uwielbiam te sobotnie popołudnia. Obecnie jestem zachwycona wersetami Réné Char’a i Henry’ego Michaud. Ich poezja gra we mnie, w opuszkach palców, w stopach, zalewa nie tylko ciało, ale balsamuje serce, rozświetla duszę, a ja pozwalam jej krążyć po pokoju, swobodniej i wolniej, a kiedy ulatuje ona przez okno ku drzewkom oliwkowym i błękitowi nieba, buntuję się chwilowo, bo wiem, że powróci jak bumerang. Jak zawsze - zastuka, a ja, spragniona i oszalała jak Heathcliff, mimo kaleczącego mnie wiatrem śniegu, bez słowa otworzę jej na oścież okiennice.
- Dziękuję za rozmowę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.