
Między prowadzącymi a kandydatami zbyt wielka przestrzeń. Za to między Kaczyńskim i Komorowskim może metr. Choć przecież nie wolno im ze sobą dyskutować Ale to pewnie kwestia kompromisu między sztabami. Informację o kompromisie media zdążyły przed rozpoczęciem programu w niedzielny wieczór powtórzyć setki razy.
Pierwsza runda dotyczy polityki społecznej. Dowiaduję się z niej, od Jarosława Kaczyńskiego, że Polska jest najważniejsza, ale że są dwie Polski. Bronisław Komorowski mówi, że Polska jest jedna, ale że kłóci się sama ze sobą, więc może jednak są dwie. A może dwie i pół. W rundzie dotyczącej gospodarki - spory co do tego, kto kiedy i o czym zadecydował. Wszelkie próby polemiki między kandydatami są od razu torpedowane przez prowadzące.
To pewnie kwestia kompromisu między sztabami.W rundzie o polityce zagranicznej dowiaduję się z ust Kaczyńskiego, że sytuację na Białorusi będzie konsultował z Moskwą. Komorowski kontruje go pełen satysfakcji, ale zaraz sam opowiada o stosunkach z Białorusinami językiem tyleż rozsądnym, co pozbawionym jakiegokolwiek szerszego kontekstu. Sformułowanie „Partnerstwo Wschodnie” nikomu nie przechodzi przez usta. Gdy jedna z prowadzących pyta o katastrofę smoleńską, Kaczyński odpowiada, że nie chciał używać tego argumentu w debacie, ale skoro go już zapytano, to odpowie. Chociaż dobrze wiemy, że wszystkie pytania zostały ustalone wcześniej.
Minuty mijają i zaczynam niespokojnie kręcić się w fotelu. Czekam, aż skończą się pytania o kwestie dawno zagadane na śmierć i zaczną się te, których jeszcze albo dawno nie słyszeliśmy. Jakim będzie pan prezydentem? O jakiej Polsce pan marzy? Jaka jest pana WIZJA - i czy ma pan w ogóle jakąkolwiek?
Te pytania nie padają. Za to dalej słucham wypowiedzi na tematy, które być może w jakimś sensie są papierkiem lakmusowym poglądów kandydatów - oczywiście jeśli zakładamy, że poglądy na nie każdego z nich nie zostało dotąd powtórzone milion razy. Problem jednak w tym, że pytania, które padają w tej „debacie”, w ogóle nie są dobrze skierowane. Afganistan - in vitro - związki partnerskie - służby mundurowe - to zagadnienia dla szefów partii, rywalizujących o fotel premiera. Konstytucja mówi jasno: w Polsce rządzi rząd. To rząd projektuje politykę w tego rodzaju sprawach - ważnych, ale dotyczących najbliższego roku, może dwóch lub trzech, funkcjonowania kraju i społeczeństwa.
A prezydent? W Polsce to dziwne stanowisko, bez władzy, ale z silną legitymacją, pochodzącą z powszechnych wyborów (pisał o tym niedawno na łamach Kultury Liberalnej Zbigniew Pełczyński). Czy jest to funkcja bezsensowna? Uwikłana tylko w trudny polityczny porządek, w którym pisano konstytucję? Niekoniecznie. Można też rozumieć ją jako stanowisko, którego wart jest człowiek na tyle mądry, by prezentować własną wizję tego, co chce z nią przez pięć, może 10 lat, zrobić. Prezydent może robić bardzo wiele: choćby zgłaszać projekty ustaw, lobbować w polityce zagranicznej, tworzyć strategie rozwoju kraju. Jeśli wprowadzając się do Pałacu Namiestnikowskiego, wnosi ze sobą wizję. (...)
Więcej czytaj na stronach
Kultyry Liberalnej