Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

178428 miejsce

O pękniętym islamie opowiada Max Cegielski

„Pijani Bogiem” to przede wszystkim książka o dwóch bębniarzach, braciach Sain, o Abdullahu, młodym talibie, wyedukowanym w duchu fundamentalistycznym, o Amirze z Iranu i wielu innych. Ja spotykam ich, rozmawiam z nimi, przez nich poznaję świat islamu. Oni są bohaterami a nie ja. Z Maxem Cegielskim rozmawia Kamila Iga Burniewicz.

fot. materiały prasoweTwoja nowa książka „Pijani Bogiem” różni się od poprzednich, które były w pewnym stopniu autobiograficzne.
- Cieszę się, że taka jest. Na etapie pisania „Masali” i „Apokalipso” nie byłem do końca pewny, czy chcę pisać fikcję, czy teksty reporterskie. „Masala” to poszukiwania, efekt okresu pierwszego zmagania się ze sobą. „Apokalipso” to odejście od tekstu reporterskiego w stronę czystej literatury fikcji. Ten eksperyment chyba się nie powiódł. Językowo w „Apokalipso” wydarzyły się ciekawe rzeczy, ale okazało się, że lepiej się czuję opisując to, co widziałem, czyli pisząc tekst reporterski. Kiedy powstawali „Pijani Bogiem”, czułem, że to nie jest książka o mnie. Jeżeli się w niej pojawiam, to wyłącznie po to, żeby poprzez siebie pokazać kontrast między światem zachodnim a islamem. Zdarza się, że mówię od siebie, bardzo osobiście o buntownikach, rewolucjonistach, zachodniej potrzebie kontestacji i o tym, jaki ona ma wymiar w islamie. Ale „Pijani Bogiem” to przede wszystkim książka o dwóch bębniarzach, braciach Sain, o Abdullahu, młodym talibie, wyedukowanym w duchu fundamentalistycznym, o Amirze z Iranu i wielu innych. Ja spotykam ich, rozmawiam z nimi, przez nich poznaję świat islamu. Oni są bohaterami a nie ja.

W książce podkreślasz, że Pakistańczycy są bardzo gościnni. Bohaterowie też sami tak o sobie mówią. Czytając miałam wrażenie, że zostałeś wręcz adoptowany przez rodzinę Sainów, stałeś się jej częścią.
- Adoptowany to może za dużo powiedziane. Ale rzeczywiście, w porównaniu z innymi bohaterami książki, z braćmi Mittu i Gungą Sainami spędzam najwięcej czasu i dlatego opowieść o nich jest szkieletem, osią opowieści. Kiedy kręciliśmy film z Kubą Czerwińskim, byliśmy z nimi dwa tygodnie praktycznie od rana do nocy – i w ich pracy, i w domu. Po prostu bardzo się z nimi zaprzyjaźniliśmy. Są gościnni i nie mają radykalnego spojrzenia na płeć. Mogliśmy rozmawiać z żoną Gungi, obserwować żonę Mittu, jak przyrządza ćapati i oglądać z ich mamą indyjskie filmy. Rytm pracy jest taki, że kiedy coś się dzieje, cały czas się notuje, filmuje. Ale są takie chwile, kiedy po prostu siedzi się przed domem. To one najbardziej zbliżają. W ostatnich dwóch latach, kiedy pracowałem nad tekstem, Mittu i Gunga stali się w Pakistanie gwiazdami i przyjeżdżało do nich wielu dziennikarzy. Mieli świadomość, że nie jesteśmy tylko kolejnymi z nich. Że przyjechaliśmy, sfilmujemy ich i znikniemy. Czuli, że to jest coś więcej. I to się sprawdziło, bo Mittu był w Polsce miesiąc i myślę, że miał takie poczucie, że przyjeżdża do przyjaciół, nie na tournee. Może to sprawia wrażenie, że zostałem przez nich adoptowany. Bez przesady. Ale zaprzyjaźniliśmy się.

Wspomniałeś o filmowaniu. Co się stało z materiałem? Czemu nie ma filmu?
- To bardzo dobre pytanie. W swojej pracy zawodowej wykorzystuję różne techniki i różne media. Pracowałem w radiu, w telewizji, piszę do gazet, pracowałem przy produkcji płyt, piszę książki. Zawsze lubiłem taki „płodozmian”. Wydawało mi się to bardzo inspirujące. Stąd wziął się pomysł nakręcenia filmu o Sainach. Okazało się jednak, że umiem pisać, a nie jestem profesjonalnym reżyserem. Jestem prezenterem telewizyjnym, ale to nie znaczy, że umiem zrobić film. Kuba Czerwiński był wtedy przed szkołą filmową. Kiedy zabraliśmy się za obróbkę materiału, okazało się, że nie bardzo potrafimy sobie z tym poradzić. Wykorzystałem więc film jako notatki do książki. W związku z tym, że „Pijani Bogiem” się ukazali, że w Polsce był Mittu, znowu mamy impuls do tego, żeby film skończyć.

W „Pijanych Bogiem” napisałeś, że sympatyzowałeś z fundamentalistami muzułmańskimi. Czy nie obawiałeś się, że zostanie to mylnie zinterpretowane jako sprzyjanie terrorystom?
- Opisuję w tej książce starcie w obrębie islamu. Pęknięcie wewnątrz cywilizacji, zgodnie z tą koncepcją współczesne problemy nie biorą się ze zderzenia między cywilizacjami, tylko ze sporów w obrębie cywilizacji. W świecie islamu jest to między innymi konflikt między nurtem ortodoksyjnym, fundamentalistycznym, traktującym wiarę bardzo dosłownie, ściśle monoteistycznie, a nurtem mistycznym, sufizmem, który jest oskarżany o to, że odchodzi od monoteizmu. Obserwując obie szkoły, spotykając fundamentalistę Abdullaha i nieortodoksyjnych braci Sainów, w jednej i drugiej opcji znajdowałem coś interesującego. Z punktu widzenia człowieka z Zachodu – gdzie wszystko jest relatywne, sfera sacrum została wyparta ze sfery codziennej, Bóg został wypędzony i odcięty od nas – islam ortodoksyjny, z którego wywodzą się terroryści, wydaje się niesłychanie pociągający. To nie jest tak, że sympatyzuję z terrorystami. Ta książka pokazuje też poniekąd proces odchodzenia od fascynacji ortodoksyjnym islamem do otwartego i tolerancyjnego islamu sufickiego.

Niestety, po 11 września 2001 r. muzułmanie często kojarzeni są właśnie z terrorystami.
- Napisałem tę książkę też po to, żeby czytelnik mógł się przekonać, jaki islam jest naprawdę. Islamów jest wiele. Traktowanie tej religii jako monolitu jest potwornym uproszczeniem. To trochę tak jakbyśmy powiedzieli, że katolicy biją żony. Ci Polacy, którzy biją żony, zazwyczaj są katolikami, ale w świecie islamu nikt nie mówi, że katolicy biją żony, natomiast my mówimy, że muzułmanie to terroryści. Ale chciałem napisać książkę szczerą, nie propagandową, która ma w korzystnym świetle przedstawić islam. W „Pijanych” widać, że są i pozytywne, i negatywne aspekty postawy ortodoksów i mistyków.

Byłeś w Pakistanie 11 września 2001 r. Jak oceniasz wiadomości, które docierały do Polski ze świata muzułmańskiego po ataku na WTC?
- Kiedy czytałem w Pakistanie przez internet, co się ukazywało w mediach, widziałem, że to są schematy. Musi być dobry i zły bohater. Przynajmniej na pierwszej stronie. Na dwudziestej już może być tekst, który wprowadza jakieś niuanse. Sama koncepcja, że jest jeden islam, z którym walczymy, jest nam potrzebna aby wróg był wyraźnie zdefiniowany. Wystarczyło siedzieć w Pakistanie w górach, żeby zobaczyć, że są tysiące islamów, w każdej dolinie inny. Inny jest też islam w Turcji a inny w Iranie. Jedność świata islamu była przywracana jako forma obrony na atak zachodu. Obraz tworzony przez media zachodnie i interwencje zbrojne do pewnego stopnia wykreowały nową rzeczywistość.

Czy Twoja następna książka będzie reportażem, czy wrócisz do literatury fikcji?
- Mam w komputerze dwa projekty, z których jeden jest powieścią, a drugi jest tekstem reportażowo-eseistycznym. Oba są o Turcji, zmagają się z orientalizmem, z tym, jak Zachód tworzy upraszczające wyobrażenia Orientu. Bo to co dzieje się teraz nie jest niczym nowym, to trwa od wieków.
Dziękuję za rozmowę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Max Cegielski współtworzy grupę Masala Soundsystem, grającą niepowtarzalne połączenie muzyki orientalnej ze współczesną. prowadził też w Polskim Radiu BIS audycję Masala (traktującą o "tamtych" rejonach, tradycjach, problemach, a także muzyce), niestety zdjętą z anteny, możliwe, że z przyczyn politycznych (oficjalnie zmiany programowe).

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.